kelkeszos kelkeszos
1918
BLOG

Miasteczko Bełz, czyli wschodnia flanka

kelkeszos kelkeszos Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 100

Wraz z przypadającą w przyszłym roku okrągłą rocznicą Konferencji Poczdamskiej, upłynie najdłuższy , bo osiemdziesięcioletni okres w historii Polski, w którym granice naszego kraju się nie zmieniły. Z jednym wyjątkiem oczywiście, czyli wymuszoną "korektą" z 1951r., gdy Bełz z przyległościami musieliśmy oddać Związkowi Sowieckiemu, w zamian otrzymując porównywalny obszar wokół Ustrzyk Dolnych. Rozstrzygnięcia zapadłe po wielkiej wojnie, trwale przesunęły Polskę na zachód i z dzisiejszej perspektywy, nawet pamiętając o zapłaconej cenie - czyli morzu przelanej krwi, utraconych kresach i dziesiątkach lat realnego socjalizmu - wydaje się to dla nas darem losu. 

Nie mając żadnych kresowych korzeni, po pługu i po kądzieli wywodząc się z różnych regionów dawnego Królestwa Polskiego utworzonego po Kongresie Wiedeńskim, z lżejszym pewnie niż inni sercem odrzucam rojenia o istnieniu żywotnych polskich interesów na wschód od zabranego nam jako ostatnie miasteczka Bełz, stojąc twardo na stanowisku, że granice mamy optymalne. Oczywiście wszystko da się historycznie uzasadnić odpowiednio prowadząc nić naszych dziejów i zwolennicy Rzeczpospolitej "od morza do morza", albo przynajmniej do Berezyny, Prutu i Czeremoszu, znajdą swoje argumenty, przypominając , że kiedyś Województwo Kijowskie było w Rzeczpospolitej terytorialnie największym, a takie miasta jak Wilno i Lwów w czasach porozbiorowych pełniły rolę centrów polskiej kultury ( choć w różnych okresach ), a życiorysy masy wybitnych rodaków zaczynają się od miejsc urodzenia, pozostających na wschód od naszej obecnej granicy, ale to z mojej perspektywy plusquamperfectum. Czas zaprzeszły - było, minęło i nie wróci. I dobrze, że nie wróci, bo analizując nasze dzieje i próbując uciec od przypisywanego im fatalizmu, staram się liczyć potencjał, nie w sensie bogactw, tylko w sensie zasobów, nieodmiennie dochodząc do wniosku, że poza Bełz nie mamy się po co pchać. Choć Lwowa szkoda. 

Częstokroć zauroczeni wielką chwałą polskiego oręża i rzadziej kultury, wzdychamy tęsknie do owych "Kresów", tak rozległych, że jeszcze po pierwszym rozbiorze dochodzących prawie do Kijowa i daleko za Mińsk, gdzie ta chwała tak plastycznie się objawiała, zapominając, że w sensie cywilizacyjnym nie tylko niewiele trwałego tam zanieśliśmy, ale próbując zagospodarowywać "wielki step", straciliśmy własną strukturalną spoistość, skazując pięknie się rozwijający kraj na oligarchizację, ostatecznie rozsadzającą jego struktury. Bo "wielki step" daje rzeczywiście ogromne bogactwa, ale to nie przekłada się na budowanie zasobów, a często przeciwnie - przyczynia się do ich trwonienia. Niejednokrotnie przypominałem ten podział pochodzący od ojca polskiej socjologii Józefa Supińskiego. Bogactwa i zasoby , choć w mowie potocznej często używane jako synonimy, w istocie nimi nie są. Bogactwa bowiem należą do świata przyrodzonego, istnieją obiektywnie, jak na przykład wszelkie złoża, lub cechy danego terytorium, jak dostępność wody, albo dającej się uprawiać ziemi. Zasób to cywilizacyjne umiejętności, czyli suma wiedzy, pracy oraz doświadczenia i zdolności ich przekazywania następcom. W istocie zasoby służą do eksploatacji bogactw. Jedni dostarczają wodę wodociągiem inni za pomocą nosiwodów. A zatem o sile kraju bardziej decydują zasoby niż bogactwa i w przypadku historii Polski jest to szczególnie widoczne, bo choć bezmiar dóbr pochodzących ze wschodnich województw Rzeczpospolitej dawał złudne poczucie potęgi, to jednak w istocie nie pozwalał na rozwinięcie umiejętności cywilizacyjnych , będących sumą nauki z różnych dziedzin, od prawa po agronomię, dających się praktycznie zastosować w budowie wydajnej struktury społecznej. Od początku XVII w. takowej u nas nie było i trzeba było przejść przez czyściec rozbiorów, aby dało się ją odtworzyć. 

W tym wypadku często przypominam Królestwo Polskie, zwane "Kongresówką". Ten niesuwerenny, choć cieszący się dużą autonomią i odrębnością systemu prawnego kraj, powstały na skutek ogromnej wojennej katastrofy, w ledwie piętnaście lat zdobył się na to, na co nie była się w stanie zdobyć wielokrotnie rozleglejsza Rzeczpospolita przedrozbiorowa. Liczba książek polskich wydanych w samej tylko Warszawie w latach 1815 - 1831 znacznie przekroczyła to co wydano w całym wieku osiemnastym, na terenie całego państwa. A przecież Królestwo Polskie to niewiele więcej ponad Mazowsze z przyległościami i niespełna cztery miliony ludności.

O powodzeniu i możliwości samodzielnego bytu danego kraju, zwłaszcza tak położonego jak Polska, nie decyduje jego rozległość, ale spójność struktury. I choć zapewne wyrzeczenie się interesów na wschodzie jest mentalnie trudne, to w naszej sytuacji raczej konieczne. 

Patrząc na powyborcze mapy z podziałem głosów na partie szerokiego obozu polskiego i te od polskości się odcinające, widzimy jak silna jest tradycja "Kongresówki", której granice niemal pokrywają się z podziałami wyborczymi. I nie ma w tym żadnego przypadku, bo to Królestwo Polskie było wielkim i zapamiętanym impulsem polskości, w momencie gdy po wojnach napoleońskich Europa startowała do swojej nowoczesności. A dla "Kongresówki" kresami była Zamojszczyzna z Hrubieszowem, gdzie Stanisław Staszic realizował swój udany eksperyment z budową struktur życia społecznego na wsi. I to właśnie w Królestwie Polskim Wielkopolanian, Ignacy Prądzyński, jako pierwszy sformułował koncepcję przesunięcia Polski na zachód i oparcia naszych granic na Bałtyku, Odrze, Nysie ( nie wskazał której ), z włączeniem całości Śląska. To oczywiście kosztem Niemiec i Austrii, po wygranej wojnie Rosji i sprzymierzonej z nią Polski. Taki konflikt uważał za nieuchronny, a za moment kluczowy do niego prowadzący wskazał zjednoczenie Niemiec pod przewodnictwem Prus. Z chwilą gdy taka wojna rzeczywiście wybuchła, już na jej początku, bo w październiku 1914r., carski minister spraw zagranicznych Siergiej Sazonow  wrócił do koncepcji Prądzyńskiego, kolportując mapy Polski ( oczywiście w jakiś sposób stowarzyszonej z Rosją ) bardzo zbliżone do stanu obecnego. Zdaje się, że Stalin w Poczdamie posługiwał się tą koncepcją. Tylko to miasteczko Bełz....

W każdym razie, po tysiącu przeszło lat wędrówki po mapach, znaleźliśmy się w granicach optymalnych, wytworzywszy w nich dość stabilną strukturę społeczną, w miarę harmonizując posiadane bogactwa, z zasobami potrzebnymi do ich wykorzystania, co pozwoliło Polsce na realny skok cywilizacyjny, tym razem rzeczywiście , a nie propagandowo w okolice pierwszej dwudziestki na świecie. 

Tylko za miasteczkiem Bełz, na "dzikich polach" znowu się zakotłowało, a nam przypadła rola pierwszych stabilnych. To przy umiejętnej polityce dobra sytuacja, ale rzeczywiście wymagająca intelektualnej sprawności, zdecydowania i szczerego przejęcia losem Polski. 

Zagrożenia też są ogromne, bo ochotę na bogactwa "wielkiego stepu" ma wielu, głównie Rosja i Stany, a w Moskwie wiedzą, jak ważna jest Polska dla możliwości eksploatowania Ukrainy, ale niemniej niebezpieczni, a przy tym o wiele skuteczniejsi są ci, którzy nie mogąc nas wprost pozbawić bogactw, robią wszystko , aby wydrenować nasze zasoby. O ile przy tym z zagrożeń wschodnich większość zdaje sobie sprawę, wyolbrzymiając je przy tym w sposób absurdalny, o tyle potencjału katastrofy niesionej przez zdziczałą Unię Europejską,  jeszcze publiczność nie zdążyła sobie uświadomić.

kelkeszos
O mnie kelkeszos

Z urodzenia Polak, z serca Warszawiak, z zainteresowań świata obywatel

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura