Było to może u schyłku lat sześćdziesiątych, może na początku siedemdziesiątych. W małym miasteczku, powstałym, kiedy polska granica odcięła prawobrzeżną dzielnicę niemieckiego miasta, zebrany tłum oczekiwał na moment wyruszenia pierwszomajowego pochodu. Zarówno większość tamtejszych urzędników, jak i kadr, zarządzajacych państwowymi i spółdzielczymi przedsiębiorstwami, objęła swoje stanowiska niemal równocześnie - po dojściu do władzy Gomułki, zatem pochód prezentował się okazale, uczestnicy zgromadzili się licznie, a miasto wysprzątano i udekorowano wręcz we wzorcowy sposób.
Zanim jednak ustrojony w czerwień i wzniosłe hasła ludzki wąż ruszył, gdzieś, spod ściany, wysunął się miejscowy oryginał. Człowiek samotny, mimo wielkiej inteligencji imający się byle jakich robót, które pozwalały mu wegetować na granicy biedy. Ponadto mający na temat panującego ustroju własne zdanie; zdanie, które większość jego ziomków poparłaby chętnie, ale tylko w czterech ścianach, w towarzystwie zaufanych osób, i półgłosem.
Tym razem jednak osobnik ten, wystrojony w najlepszy garnitur, trzymał pod pachą zrolowaną szturmówkę. W miasteczku, którego włodarze śmiało mogliby zaśpiewać po paru kolejkach wódki słynne "...ja bankierem nie byłem, ani wirtuozem...", nie zdziwiło nikogo, że zawzięty antykomunista staje na czele pochodu z i rozpościera wielki, czerwony sztandar.
Pochód ruszył główną ulicą i sunął, poprzedzany przez samotną postać, niosącą krwistą płachtę. Zanim jednak gromada czcicieli pracy dotarła przed trybunę, ustawioną dla zebranych oficjeli, przodownik pochodu skręcił w boczną ulicę. Ponieważ obrana droga wiodła w kierunku wojskowego cmentarza (pamiątki po tym, jak pijany bohater narodowy wydał swojej piechocie rozkaz natarcia prosto w wał ogniowy własnej artylerii), tłum karnie i równo podążył za nim.
Pierwsze szepty zaczęły się, gdy cmentarz ominięto bez zatrzymania, i rosły do poziomu zdumionego gwaru, kiedy trasa pochodu minęła ostatnie podmiejskie domki, a ludzka masa wylała się rzeką między rozległe, pegieerowskie pola. A kiedy ze środka wciąż maszerującej tłuszczy dobiegły pierwsze, zdumione okrzyki, przodownik nagle stanął, zwiniętą błyskawicznym ruchem szturmówkę wsadził pod pachę... i szybkim krokiem zniknął w jakiejś bocznej dróżce.
Zaskoczony niespodziewaną dekapitacją pochód kłębił się w miejscu, pokrzykując tu i ówdzie, i sadząc klątwami, ale po kilku chwilach transparenty opuszczono, flagi zwinięto, zaś masy ludowe zaczęły się rozchodzić. W miarę jak rozpraszające się grupy dzieliły się na coraz mniejsze cząstki, między zdumionymi okrzykami i wściekłymi bluzgami coraz częściej przebijał złośliwy, tłumiony, ale pełny satysfakcji rechot. Tylko jeden człowiek, aktywista POP jakiegoś małego zakładu, stał pośrodku drogi i wołał wielkim głosem: "Ludzie, k...a, nie rozchództa sie!!!".
Dlaczego piszę o tym zdarzeniu? Bo teraz jest najlepsza pora, żeby o nim przypomnieć.
Bo ten pierwszomajowy pochód to znakomita alegoria.
Polskiej prawicy.
Ile razy, dokładnie w ten sam sposób, wyprowadzono nas w pole?
Okrągły Stół. Pierwsze wybory prezydenckie. Wizyta Papieża w 1991 roku i związana z nią antykościelna ofensywa dawnych ludzi "Solidarności", "przyspieszenie" i "wzmacnianie lewej nogi", pośpieszna likwidacja rządu Olszewskiego, śmierć lokalnej, niezależnej prasy i rozwój imperium "Agory". Rozłamy, zarzuty, podziały, w tle "szafa Lesiaka".
Pamiętacie państwo, nadzieje związane z powstaniem AWS? Pamiętacie, jak ofiarnie AWS broniło "radę rozumnych" przed "koniecznością sojuszu z postkomunistami"? I to, jak sama "rada rozumnych" wreszcie się z postkomuną sprzymierzyła? Tyle że wtedy padał już "deszcz co lunął ze wszystkich zebranych wstydów" i cały sojusz zmyło, na stołki w biznesie i na prowincji. Ale za to zostaliśmy obdarowani nową, postsolidarniościową, dynamiczną i "europejską" partią. Tą, która obecnie rządzi. Pamiętacie matadorskie popisy Jana M. Rokity, w czasie transmisji z posiedzeń rywinowskiej komisji? A pamiętacie gwałtowną przemianę jak zaszła w tych spadkobiercach "Solidarności" po wyborach, w których pokazaliśmy czerwoną kartkę sekretarzom i ich dzieciom? Dawno temu, z dreszczem lęku i obrzydzenia patrzyłem, jak na ekranie przyjazny, puchaty gremlin, po wpadnięciu do wody zmienia się w potworka. Drugi raz w życiu poczułem to uczucie, patrząc na polityków Platformy po powołaniu rządu p. Marcinkiewicza. Który, zresztą, potem poszedł gdzie poszedł i zrobił, co zrobił. Osoby związane z ruchem narodowym zapewne pamiętają nadzieje, związane z powołaniem do życia LPR, i to, co z tych nadziei zostało po upadku "kukułczej koalicji" i decyzji o powstaniu "LiS". No i ostatnie wybory,a po nich powstanie "partii z zajumaną nazwą" ( nota bene, partia ta ostatnio zachowuje się jak pewien redaktor, który - zanim został pozbawiony przez chlebodawcę stołka i zajęcia - zapewnił sobie przychylność panującego naczalstwa, podając mu na misie głowę blogerki, która z tym naczalstwem zadarła).
Nasza polityka od sześćdziesięciu lat jest tylko ciągiem iluzjonistycznych tricków na wielką skalę. Czym wobec wymienionych wyżej szwindli była sprawa "partii Nowego Ekranu?" Drobiazgiem. Nieprzyzwoitym dowcipem. Wojną mrówek. O wpływie blogosfery na realną politykę i o samej aferze 'trzeciej siły" pisali tu lepsi ode mnie, i napisali tyle, że mogę się tylko podpisać pod ich analizami. I liczyć, że ktoś ten mój podpis na samym dole zauważy.
Przed nami wybory parlamentarne. Czego można się spodziewać po takich wyborach, pod które pisze się ad hoc ordynację? Po wyborach, w czasie których głosowano "na kartę pływacką" czekają nas wybory " z noclegiem". Czy osoby związane z blogosferą są w stanie zapewnić obywatelską kontrolę nad lokalami komisji wyborczych? Albo w stanie zorganizować taką kontrolę, spośród osób znanych i zaufanych w miejscu zamieszkania? Czy jesteśmy w stanie choćby zorganizować skuteczne, masowe protesty przeciw wprowadzeniu nowej ordynacji?
Mówienie w takim momencie o ilości głosów, jakie przypadłyby różnym , byłym i niebyłym politycznym partiom, można porównać do dzielenia skóry na żywym niedźwiedziu. I to niedźwiedziu, który idzie sobie w naszą stronę wyraźnie się oblizując. "Partia Nowego Ekranu" mogłaby zaszkodzić PiS, gdybyśmy żyli w demokracji parlamentarnej. A żyjemy w jakimś politycznym nowotworze. Władze ustawodawcze w kwestiach gospodarczych i społecznych podlegają Brukseli. Władze wykonawcze urzędują w wyniku działań, jakie niektórzy malkontenci nazywają niekonstytucyjnymi, a nawet porównują do zamachu stanu (i wyniku wyborów, które niektórzy malkontenci nazywają sfałszowanymi) oraz w stylu, który najwięksi z tych malkontentów porównują do stylu rządów postsowieckich dyktatur. A władze sądownicze są niezawisłe, sprawne i kierowane przez fachowe kadry, gwarantujące wysoki poziom etyki zawodowej. Generalnie jestem wielkim zwolennikiem polskiej władzy sądowniczej, jej gorliwym obrońcą i admiratorem. I będę coraz większym. Im bardziej malkontenci będą twierdzić, że styl rządów Partii Miłości przypomina wyczyny Judaszenki.
Załóżmy jednak, że PiS udało się wybory wygrać. I co dalej? Nawet najmądrzejsze decyzje rządu przekuwa w czyn armia urzędników średnich i niskich szczebli. Jeśli akurat chce się jej kuć. A może się jej nie chcieć, bo nasza "Waadza" utuczyła i rozpuściła tą armię, jak Chmielnicki kozaków. Zmuszenie tej masy do intensywnej pracy nie będzie łatwiejsze, niż zmuszenie rozpolitykowanych i łasych na podwyżki żołdu legionistów z epoki cesarstwa do budowy dróg i akweduktów, jak za lat republiki ( któryś cesarz taką właśnie decyzją zakończył swoją polityczną karierę).
Jeśli już uda się zmusić urzędników do intensywnego kucia, pozostaje nam do odnowy Polska powiatowa. To jest takie miejsce, gdzie układy i korupcja rozpowszechniły się w stopniu, jaki wprawiłby w osłupienie weteranów cesarskiej administracji z jamenu w Czystorzeczu, gdzie podziały polityczne są mało znaczące, a nieraz całkowicie przypadkowe, gdzie decydują związki rodzinne i towarzyskie, gdzie rządzi ten, kto dysponuje pieniędzmi, miejscami pracy i aparatem przymusu (choćby w postaci gangusów, którzy w ciągu ostatnich kilkunastu lat powrastali sobie w lokalny biznes). Znam paru ludzi, którzy tą wyliczankę cech powiatowej władzy podsumowaliby zwięzłym: "towarzysze sekretarze".
Ktoś tu na Salonie, przy okazji dyskusji o "trzeciej sile" napisał, że, na szczęście, społeczeństwo mamy mądrzejsze niż w 1989 roku. Wała. Mamy takie samo.
Jesteśmy dokładnie tacy, jak ten opisany na wstępie pierwszomajowy pochód. Idziemy za pierwszym, który podniesie flagę; pozostawieni sami sobie kręcimy się w kółko zaskoczeni i zdezorientowani. Najlepszy dowód mieliśmy 10 kwietnia i potem, aż do wyborów. Nastroili nas jak chcieli, przyznaję to ze wstydem. Widać było naród rozsądny, odpowiedzialny i szlachetny w spontanicznym porywie, ale kompletnie nie panujący nad sytuacją i zastraszony, bez liderów, zdolnych przejąć inicjatywę i skierować jakiekolwiek działania przeciw beneficjentom smoleńskiej masakry. Bez żadnych przeszkód wysmażono ordynację stwarzającą warunki do nadużyć; informacje o kolejnych nieprawidłowościach pojawiały się i przechodziły bez echa, tak w mediach, jak i w blogosferze. Mieliśmy swoje sprawy i tematy.
Nawet jeśli chodzi o samą inicjatywę nE; z początku została podjęta z entuzjazmem, pierwsze zastrzeżenia użytkowników były raczej natury estetycznej. Nawet kiedy projekty związane z portalem okazały się na tyle kontrowersyjne, żeby budzić sprzeciw zaangażowanych osób, to i tak stanowiące sedno sprawy informacje o związkach portalu ze środowiskami wojskowymi ... pochodziły od jednej (!!! ot, siła blogosfery, niezależnego źródła informacji...) osoby, i to od dawna specjalizującej się w odkrywaniu wpływów i powiązań tych środowisk. Jeśli się mylę, a w/w informacje podał ktoś jeszcze, oprócz pana Ściosa, proszę mnie poprawić - w takiej sytuacji zwracam honor blogosferze ;).
Podobnie było w przypadku prowokacyjnego usunięcia Krzyża sprzed pałacu prezydenckiego. Po wstępnych ustaleniach z przedstawicielami episkopatu, władze doprowadziły do otwartego konfliktu z wiernymi, co spowodowało (niezależnie od od ataków na sam Krzyż i strzegących go wiernych) rozdźwięk między niektórymi przedstawicielami laikatu i hierarchami, przedstawionymi jako współwinowajcy postępowania władz. A sprawa aż nadto przypominała casus Krzyża z terenu obozu zagłady w Oświęcimiu, i wybuchła w czasie wyjątkowo wygodnym dla rządzących.
Wygląda na to, że jesteśmy zawsze mądrzy po szkodzie, co najmniej dwa ruchy za przeciwnikiem; tylko drugie lub trzecie użycie tego samego tricku budzi jako - taką nieufność.
W podanym na wstępie notki żartobliwym porównaniu, mogą też kryć się środki zaradcze dla naszej sytuacji. Żeby nie być takim wyprowadzonym w pole pochodem, musimy po pierwsze wiedzieć, dokąd idziemy i którędy trzeba tam dojść. Mieć tu i teraz, w swoim lokalnym środowisku, jasno wyznaczone cele i metody przeciwdziałania rozkładowi państwa. Cele i metody realne, dopasowane do miejsca i możliwości. Może budowa, czy wspieranie już istniejących Komitetów Smoleńskich, albo struktur PiS-u, może dogadanie się z lokalnym mężem zaufania tej partii, w sprawie nadzoru nad lokalem komisji wyborczej, może udział w ob-ciachu, czy co tam jeszcze wymyśli ktoś ode mnie mądrzejszy... Chętnie posłucham.
Ideałem byłby podobny do pierwszej Solidarności, masowy ruch, oparty na lokalnych strukturach, występujących przeciw nadużyciom systemu w konkretnych miejscach i sytuacjach, strukturach połączonych siecią wymiany informacji i wspierających się wzajemnie, współdziałających z PiS, oraz ludźmi mediów, znanymi z patriotycznych postaw.
Ideałem, mówię.
Druga rada wynika z pierwszej. Kto wie, dokąd idzie, nie pobiegnie za facetem sprowadzającym go z drogi. Ślepy kult zasłużonych - czy tylko popularnych - postaci zrobił dużo złego już w II Rzeczpospolitej, zaś w III RP był i jest jednym z filarów kuglarskiego systemu. Ten czy tamten działacz niech interesuje nas o tyle, o ile pracuje dla ważnej dla nas sprawy, jeśli zacznie wykonywać jakieś podejrzane ruchy - dziękujemy panu, dobranoc, każdego, nawet najbardziej zasłużonego można zastąpić. I nie ma co zagłębiać się w rozważania czy, kto, kiedy i komu się sprzedał, nie warto tworzyć atmosfery podejrzeń, oskarżeń i sporów. Ruch wewnętrznie skłócony zniechęca postronnych. Ludzi nie skreśla to, że dali się nabrać, ale tylko próby nabierania innych.
Choć, przyznam, że jeśli mowa o postępowaniu z agenturą i działaniami destrukcyjnymi, bardziej niż radzić, wolałbym słuchać kogoś, mającego doświadczenie z lat komuny, ci ludzie wiedzą rzeczy o jakich się nie śniło mojemu pokoleniu.
Tego, co powyżej napisałem, nie uważam za cudowny przepis na "wybudowanie Polski". Ot, parę wniosków, nasuwających się prostemu, a zainteresowanemu losem kraju człowiekowi. Ktoś lepiej zorientowany mógłby skwitować moje wywody radą, żebym, zamiast wyciągać wnioski, zakręcił trzymanym w dłoni kubkiem z kawą i popatrzył w fusy.
Dlatego z góry uprzedzam, że taka rada mi na nic - nie tylko Kościół święty, matka nasza, ale i babka nasza Synagoga surowo zakazują wróżbiarstwa.
Nie pisałbym tej notki, po wszystkim co już na ten temat powiedziano, gdybym w ciągu ostatnich kilku dni nie trafił na paru blogach na głosy świętego oburzenia na nE i publikujących tam blogerów. Boję się, że cała ta dość idiotycznie skrojona afera (tworzenie Platformy odbywało się przecież bez publikowania wywiadów z generałami, a i biznes finansujący przedsięwzięcie nigdzie się nie ogłaszał) skończy się burzą kłótni - zwłaszcza w komentarzach, i zapanuje znana z okresu dzielenia się partii prawicy atmosfera: "nie czytam, nie siadam, nie zaglądam, nie podaję ręki"...bum, tarara, bum tarara, szewc zabija szewca. A misiowie tymczasem, będą się robić coraz bardziej puszyści. I że tak przegadamy czas przedwyborczy, może nie w notkach pisanych na otwarte forum, ale w prywatnych wiadomościach i rozmowach. A po przerżniętych wyborach, na pociechę zostaną nam blogi. Kawałki wolnej Polski. Tylko jakieś taki małe. Jak rezerwaty.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)