Odpadam, nie nadążam. Jeszcze - jeżąc włos na głowie i zgrzytając zębami - nie zdążyłem powrzucać na wirtualny "papier" przemyśleń, dotyczących gwałtownego poparcia dla wolności słowa, wcielonej chwilowo w szacowną postać ks. Bonieckiego, kiedy salonową dyskusją zawładnął nowy temat, jeszcze bardziej "czołówkowy", bo dotyczący samego "jądra" polskiej polityki. Tak jest, rozłam. Nawet nie muszę pisać, gdzie.
I to jest temat dla mnie wymarzony. Taki, nad którym nie trzeba łamać sobie wątłej głowy, szukać argumentów, sprawdzać cytatów, upychać odliczonych zdań treścią. Temat obojętny.
Co objętnego jest w rozpadzie partii, będącej jedyną - rzeczywistą - polityczną siłą, która może skupiać ludzi, niezadowolonych z kierunku, w jakim nasza legalno-nielegalna władza (dlaczego tak - w dalszej częsci notki) pcha kraj? Żeby to wytłumaczyć, muszę zastosować to, co jeden z mądrzejszych uczestników "Bonieckiej" dyskusji określił jako "błąd regionalizmu": przedstawić sytuację przez pryzmat własnej sytuacji i zdobytego doświadczenia.
Gdybym do kogokolwiek z moich sąsiadów poszedł, z przejęciem i obawą opowiadać o kłopotach opozycyjnej partii, ten popatrzyłby na mnie jak na dziwowisko, spadłe z księżyca. A jeśli miałby dobrą pamięć do wyuczonych w szkole wierszyków, poczęstowałby mnie cytatem z paszkwilu, powstałego w czasach stanisławowskich: "kiedy wam wolność, honor, majątki odjęto - wy płaczecie, że króla o mil trzysta ścięto?!"
I miałby rację. Ostatnie wybory wykazały, że tej sytuacji, jaką mamy w Polsce, w sytuacji "posmoleńskiej", PiS nie jest w stanie powstrzymać działań ani rządzącej partii, ani nieformalnych, pustoszących państwo klik. Nie jest w stanie przejąć władzy demokratycznymi, konstytucyjnymi metodami.
Bez obaw, niekonstytucyjnymi również nie. Z dwóch przyczyn, jednej prostej a drugiej wielowątkowej. Przyczyna prosta jest taka, że "twarze" i "głosy" naszej opozycji zachowują się w niecodzienny sposób. Żeby opisać ten sposób, trzeba użyć anegdoty.
Oto widzimy arenę starożytnego cyrku. W kącie tuli się do siebie liczna grupa chrześcijan, a na pozostałej części areny biegają szykujące się do ataku dzikie zwierzęta. I oto starsi spośród chrześcijan, zaczynają chodzić wśród swych braci i sióstr, napominając szeptem: "Cicho, tylko cicho, bo jeśli któreś z was ryknie, ci na trybunach powiedzą, że to wy jesteście lwami!".
Groteska? Niekoniecznie. Każda sytuacja, która tylko grozi wybuchem społecznego niezadowolenia, jest witana natychmiastową moderacją ze strony tych, co powinni być tego niezadowolenia wodzami i rzecznikami. Niezależnie od propagandowego bombardowanie z okopów "Waadzy" i "grup zaprzyjaźnionych".
A druga, bardziej złożona przyczyna? To jest ta sama przyczyna, dla której nasze społeczeństwo dostało od swoich zawodowych przewodników wstydliwe przezwisko "Polactwa". A że rozwinięcie wątku zajmie równie wiele miejsca, ile już zapisałem, pozwolę sobie przerwać notkę w tym punkcie, a do tematu powrócić jutro.
Już po północy i pies coraz natarczywiej domaga się by wyjść z nim na spacer.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)