Świtała III Rzeczpospolita. Piast-Kołodziej AD 1980 doczekał zasłużonego tronu, zły Popiel wygryziony przez tłum malutkich szaraczków chował się przed światłem w Mysiej Wieży. Kraj rozkwitał, handlował każdy, czym kto miał, ulice zrobiły się kolorowe, samochody przewożono przez granicę porozbierane na części, w klubie "Graffiti" nowy właściciel postawił na wejściu ochronę, odbierającą gościom niebezpieczne narzędzia.
W tak niezwykłych okolicznościach każdy, nie tylko dwudziestolatek, chciałby użyć życia, i to tłumaczy, dlaczego dwóch studentów dało się namówić koledze na wizytę w knajpie, w której - jak obiecywał - można było napić się taniego piwa. Chłopakom, nie znającym jeszcze wszystkich autobusowych połączeń dworzec PKP - KUL, nie wypadało sprzeczać się z tubylcem, więc posłusznie zagłębili się w przejścia między blokami.
O dziwo, droga zaprowadziła ich na róg jednej z głównych ulic miasta. Potężna akacja ocieniała drzwi... chciałoby się powiedzieć - baru mlecznego, gdyby nie to, że lokal był zbyt brudny, jak na jadłodajnię, a wystający wokół wejścia obszarpańcy w średnim wieku, z żadnej strony nie wyglądali na konsumentów mleka. W środku panował ścisk, już w przedsionku kilku gentelmanów spijało browar na stojaka. Ręce, w których ściskali solidne, wyszczerbione kufle, plamiły niezgrabne, sine rysunki, przedstawiające - na pierwszy rzut oka - kombinację kropek, kresek, kotwic i naiwnie przedstawionych aktów kobiecych.
Przewodnik bez zastanowienia przeszedł między stojącymi i zagłębił się w zakopconym wnętrzu mordowni. Towarzysze ruszyli za nim: przecisnęli się obok sprzątaczki ścierającej podłogę z lastrico owiniętą na miotle, czarną od brudu szmatą, oparli o szynkwas i zamówili "Perłę" z beczki, chyłkiem spoglądając na boki. Bywalcy z pobłażliwą uprzejmością zignorowali niespodziewanych przybyszów, a rozłożysta bufetowa wycierała płukane pod kranem kufle dziwnie czystą - jak na wygląd lokalu - ściereczką, więc studenci spokojnie przysiedli obok baru, na niskim parapecie okna i zaczęli wlewać - tylko trochę skiśnięte* - piwo do zaschniętych (nie wiadomo czemu) gardeł.
Piwo lało się w naczynia i usta, dym rozpływał się nad głowami w brudnobłękitny opar, wykrzykiwane nad kuflami kwestie tworzyły niezrozumiały szwargot, a ze zmarszczek na obojętnej twarzy sprzątaczki można było - jak ze słojów ściętego drzewa - czytać długą historię zawodów miłosnych. Ale, zanim jeszcze w kuflach studenciaków pokazało się dno, sytuacja zmieniła się w mgnieniu oka.
Z przedsionka odezwał się niespodziewany okrzyk, po nim drugi, mignął ledwie uchwytny cios, jeszcze szybsza kontra i w wejściu już kotłowało się kilku (co najmniej) zakapiorów. Reszta piwoszy jak na hasło podniosła się znad stołów, niektórzy, co bardziej roztargnieni, nie odłożyli pustych już - a masywnych - naczyń. Bufetowa nie straciła kontroli nad sytuacją - od baru rozległ się cienki wrzask: "Halina!!!". Apatyczna sprzątaczka w ciągu sekundy zdarła szmatę z miotły, cisnęła w kąt niepotrzebne drzewce i runęła ku wyjściu, bijąc na oślep, po łbach, ciężkim od brudnej wody gałganem.
W walczących jakby piorun strzelił. Żadna "szturmowa", policyjna lola, gazrura, czy nawet kosa nie wymiotłaby placu boju tak błyskawicznie. Zanim któryś ze studentów dokończył pełną podziwu inwokację ("do k...y, nędzy!") wszyscy siedzieli już na swoich miejscach, troskliwie zakrywając dłonią kufle, a jedynym śladem po awanturze były krople czarnego błota, spływające po szybie wejściowych drzwi.
P.S. Przypowiastka z legend ludu lubelskiego. Wszelkie podobieństwo osób przypadkowe i nie wnosi nic do sensu notki.
* Słynna w swoim czasie niepasteryzowana "Perła".



Komentarze
Pokaż komentarze (26)