Dziesięć lat. Beznadziejnej niewolniczej wojny.
Pałowali, zamykali, brali faceta w nocy, zostawiając kobietę i małe dzieci bez kartek na żywność (ale za to z nowiutkim podsłuchem). Rozpędzali gazem, strzelali na ulicach. Porywali z chodnika, zakładali na głowę worek, bili, polewali moczem, przykładali do szyi nóż. Wrzucali ciało do Wisły, do melioracyjnej studzienki, wyrzucali w biegu z samochodu. Oskarżali sanitariuszy, upadek z krzesła, pożar wywołany zwarciem. Łamali karki, łamali kariery, łamali charaktery. Ksiądz zrzucał sutannę, abstynent chlał na umór (wino było "Północne", choć z inną nalepką; ewentualnie można było przebaczyć). Cuda, cuda wyprawiali, pod płotem altanki czekał w kolejce tłum.
A on, chluba i czoło? On, Trud-Trudów, Lud-Ludów? On - my: Naród?
Sekrety miał. Wstydliwe.
Stare? Oby.
Dni sparszywiały i będą parszywieć coraz bardziej. Karuzela się rozkręca. I co?
Psze pana, psze pana...! Teczka. Się znalazła.
"Spisane będą czyny i rozmowy".
"A mnie to co, a mnie to..."
("Nad nio jemioooooła...!")


Komentarze
Pokaż komentarze (8)