Było jasne dla wszystkich – to już koniec. Historia, jaką znali, odchodziła w niepamięć. Po raz pierwszy od stu lat, Japonia, targana nieustanną, domową wojną wszystkich ze wszystkimi, skłoniła się przed wolą jednego człowieka. Przed wolą chytrego i bezwzględnego sengoku damiyo,„księcia czasu wojny”, wodza urodzonego w chłopskiej chacie, który karierę zaczynał jako szeregowy włócznik dostojnego rodu Oda, by odwagą, intrygą, własną i przelaną krwią dosłużyć się pozycji naczelnego wodza i spadkobiercy pierwszego zjednoczyciela kraju, Ody Nobunagi. Japonia ugięła się przed wolą Toyotomi Hideyoshiego.
Ale Hideyoshi był zbyt chytry i bezwzględny, by nie widzieć, że jako pan Nipponu siedzi na ostrzach włóczni. Między sprzymierzonymi z nim, a podporządkowanymi siłą feudałami istniała krucha równowaga oparta na strachu, zaś cały kraj od pokoleń żył z wojny i dla wojny. Kodeks Bushido obowiązywał o tyle, by narzucić dyscyplinę i pogardę śmierci zwykłym wojownikom, wśród możnych jedynym kodeksem były zysk, zdrada i zasadzka - miejsca dawnych, książęcych rodów dawno obsadzali ludzie, noszący wprawdzie starodawne nazwiska, ale wyrośli z nizin wśród zamieszek, kiedy to objęli siłą dobra dawnych panów. Szeregowi samuraje zmienili się, ze szlachciców, gospodarujących w rodowych dobrach, w drużynników, skoszarowanych pod ręką suwerena, w ciągłym bojowym pogotowiu. I tego było mało dla wciąż rosnących prywatnych armii, za rzecz normalną uchodziło oderwać chłopów od uprawy roli, by dawszy im do ręki pikę lub muszkiet, rzucić ich na pole bitwy, z którego niejeden wychodził jako protoplasta „samurajskiego” rodu. Jeszcze niedawno Oda Nobunaga musiał toczyć wyczerpujące, krwawe walki z armiami uzbrojonych mnichów i wieśniaków, podległych bogatym buddyjskim klasztorom. Dla wszystkich tych nawykłych do broni i rzezi mężczyzn, jedynym wrogiem, jakiego znali był bezpośredni sąsiad. Rolnictwo i rzemiosło podupadło, a kto przetrwał, pracował na rzecz zaopatrzenia wiecznie niesytej, wojennej machiny.
Nie znajdując oparcia w kraju, Hideyoshi skierował swój wzrok poza jego granice. Na obezwładnioną dworskimi intrygami Koreę i Chiny. Postanowił zebrać weteranów wewnętrznych walk i rzucić ich pod wspólnym dowództwem na podbój bogatych, zamorskich ziem. Nie byłby człowiekiem mądrym, gdyby nie poszukał sobie do tego dzieła zagranicznych sojuszników. Korzystając z przychylności, jaką okazywał portugalskim kupcom i jezuitom, zaproponował „barbarzyńcom z południa” sojusz: za dostarczenie okrętów umożliwiających przerzut desantu na wrogie wybrzeże, podejmował się… ochrzcić przymusowo całą Japonię. Użyci za pośredników w rokowaniach portugalscy „patres” nie okazali się, wbrew obiegowej opinii, chciwi władzy, ani skłonni do narzucania wiary siłą i odmówili współpracy z człowiekiem, którego uznali za niebezpiecznego szaleńca. Zawiedziony i rozwścieczony hegemon nie zmienił jednak zamiarów.
Potrzebny był jeszcze powód do wojny, ale jak zawsze, coś znalazło się na podorędziu. Fragment azjatyckiego wybrzeża; trzy porty udostępnione japońskim handlarzom, w których mogli osiedlać się i prowadzić interesy. Rzecz w tym, że synowie tej wojowniczej nacji nie zamierzali poprzestać na handlu. Powołując się na czasy rządów na wpół legendarnej cesarzowej, opisane w świętych księgach religii shinto, twierdzili, że Korea jest ziemią prawnie należną cesarstwu Nipponu, która odpadła od macierzy i powinna być przywrócona prawowitej władzy, jeśli nie z dobrej woli, to siłą oręża. Za słowami szły czyny, Japończycy traktowali tubylców pogardliwie, wszczynając burdy i rozruchy, tłumione siłą przez koreańskiego monarchę. Właśnie impas w rokowaniach po jednych z takich zamieszek stał się pretekstem do wypowiedzenia Koreańczykom wojny.
Atak powiódł się nadspodziewanie; Koreańczycy dowiedzieli się o pierwszej fali inwazyjnej floty, wiozącej 50 tys. wojowników, gdy… zarządca atakowanej prowincji, polując z sokołem, wypatrzył na morzu nadpływającą japońską armadę. Nadmorskie twierdze wzięto niemal z marszu, po dwóch tygodniach królewska armia została rozbita, padła koreańska stolica, a trzy japońskie korpusy parły na północ, ku rubieżom Chin. Tylko lokalne siły stawiały heroiczny opór, w nielicznych twierdzach na południu, u brodów rzeki Imjin i na morzu, gdzie admirał Yi Sunsin dokazywał cudów bohaterstwa, rzucając się – bywało – w 12 okrętów przeciw 200 japońskim galerom i odnosząc zwycięstwo za zwycięstwem. Na podbitych terenach zaprowadzano japońską administrację, porządki i zwyczaje. W połowie kwietnia 1592 samurajowie lądowali na koreańskich brzegach, a już na przełomie grudnia i stycznia czołówki najeźdźców przekroczyły granice chińskiego cesarstwa.
I wtedy przebrała się miara. Przez mosty na rzece Yalu ruszyło pół miliona chińskich ochotników. No dobra, to jeszcze nie ta wojna. Chińczyków nie było 500, a 50 tysięcy i nikt nie wysilał się, żeby mianować ochotnikami korpus regularnej cesarskiej armii. Front walk przesuwał się na południe – wyczerpani kampanią i chorobami, odcięci przez legendarnego admirała od dostaw i uzupełnień, szarpani przez żywiołowo powstającą partyzantkę, Japończycy ustąpili przed chińskim naciskiem i oddali teren, koncentrując się w tzw. worku pusańskim (wojna nie ta, ale to samo Pusan). Być może, że na japońskim lisie zemściła się jego własna chytrość: trzon sił inwazyjnych stanowili samuraje nie pochodzący z własnych ziem Hideyoshiego, a ściągnięci z odległych, południowych prowincji, nie przywykli do surowych warunków koreańskiej zimy. Działania wojenne zamarły, wyczerpane strony wojny uciekły się do rokowań (prowadzonych zresztą nad głowami Koreańczyków, między kancelarią Hideyoshiego a dworem Mingów).
Wzajemne dypolomatyczne wodzenie się za nos trwało z przerwami niecałe trzy lata, póki japoński regent, widząc, że osiąga skutki odwrotne od zamierzonych, nie zerwał z hukiem rozmów i nie pchnął na koreańskie brzegi (wiosną 1597) nowych 140 tysięcy żołnierzy. Ich marsz tym razem zakończył się przed wrogą stolicą: tak Koreańczycy jak Mingowie byli tym razem gotowi do rozprawy. Po roku walk Japończycy znów zostali zepchnięci w okolice Pusan, a Hideyoshi zarządził wycofanie większości wojsk na macierzyste wyspy. Nierozstrzygnięte, ale zawzięte walki jeszcze trwały, gdy Toyotomi rozstawał się ze światem, powierzając los nieletniego syna w ręce Rady Regentów.
Wojna zgasła wraz z tym, kto ją rozpętał. W Japonii czuło się przez skórę nadchodzące, nowe przesilenie; tylko od siły i sprytu pozostawionych przez Hideyoshiego generałów zależało, czy zjednoczony kraj znów nie stanie się zlepkiem walczących prowincji. Samuraje wymykali się do domu, najpierw na własną rękę, potem całymi zorganizowanymi oddziałami. Złupioną, spustoszoną Koreę pozostawiono samą sobie; w niedługi czas potem osłabione królestwo padło ofiarą rosnącej na północnych granicach potęgi Mandżurów.
Ci, którym dane było powrócić do Japonii zastali inny kraj niż opuszczali. Hideyoshi był nie tylko wodzem, ale administratorem, umiejącym, korzystając z wojennego czasu, wywrócić dotychczasowe porządki. Dawnym rywalom regenta odebrano ziemie, które dostały się w zarząd jego zwolennikom. Zmieniono system podatków,, zmierzono i obliczono powierzchnie uprawnych gruntów. Ludość kraju podzielono na trzy klasy: samurajów, chłopów i kupców, a bezwzględne i sztywno przestrzegane prawa uniemożliwiały zmianę społecznego statusu. Wydano edykt o rozbrojeniu chłopów, którego wykonanie przeszło do historii Japonii pod nazwą „polowania na miecze”. Samurajom odebrano prawo własności ziemi, czyniąc podstawą ich utrzymania żołd, płacony w ryżu. Sprawiło to z czasem, że dawni panowie na włościach zmienili się w hachiue-no bushi, "doniczkowych wojowników”, zależnych we wszystkim od swego suwerena. Rozpętano prześladowanie chrześcijan, zwrócone tak przeciw misjonarzom z obcych krajów, jak i tubylczym wyznawcom, jako podlegającym obcej, duchownej władzy.
Gdy generałowie z Rady Regentów skoczyli sobie do gardeł w ostatnim akcie domowej wojny, nikt już nie myślał o zewnętrznych podbojach. Zwycięski ród Tokugawów, opierając się na reformach Hideyoshiego, ujął Japonię w żelazne rządy swego szogunatu, zamknął porty dla cudzoziemców i pogrążył kraj w niemal trzystuletniej izolacji.
O krwawej, bezowocnej, koreańskiej wojnie przypominał już tylko wystawiony w Kioto pomnik. Prezent dla umierającego Hideyoshiego. Trofeum z azjatyckiej kampanii.
Mimizuka. Kurhan, usypany z uszu trzydziestu ośmiu tysięcy koreańskich i chińskich żołnierzy.
Było jasne dla wszystkich – to już koniec. Historia, jaką znali, odchodziła w niepamięć. Dwa uzbrojone po zęby bloki państw, przez czterdzieści powojennych lat stojące z bronią u nogi, w oczekiwaniu na wstrząsające światem starcie, osiągnęły przesilenie bez zbrojnej konfrontacji, a jeden z nich oparty na przemocy i obłędnej ideologii…
Do popełnienia notki wykorzystałem książki: J.P. Rurarz "Historia Korei", A. Śpiewakowskiego "Samuraje", oraz tekst instrukcji, dołączonej do gry komputerowej "Shogun. Total War, Złota Edycja".


Komentarze
Pokaż komentarze