Kiedy dziś po południu wracałem do domu, miałem czas, żeby się spokojnie zastanowić, nad tym co przez ostatnie dwa dni dzieje się na Salonie. Niby nic szczególnego ani nowego w tonie naszych dyskusji nie było, ale miałem wrażenie męczącego, trudno uchwytnego deja vu. I dopiero, gdy zza mojego lewego ucha wyskoczył niespodziewanie honorowy dawca nerek, dosiadający jakiejś japońskiej "szlifierki"*, poczułem się jak oświecony. Woda w Gangesie opadła, grom przemówił, a ja wiedziałem. To jest to. Azja.
Dawno temu, mądry człowiek pisał dla studentów skrypt, bodajże "Zarys historii prawa chińskiego". Musząc zmieścić tak ogromny przedmiot w książczynie na biedne 150 stron, ten uczony nawet nie próbował rozpisywać się o filozofii i etyce konfucjańskiej, ale wyliczył jej podstawowe zasady, po czym wyjaśnił je jednym przykładem.
Gdzieś za rządów dynastii Ming, czy Quing, wysoki urzędnik państwowy fałszywie oskarżył swojego znienawidzonego kolegę. Intryga została przeprowadzona starannie, próby obrony nic nie dały, pomówionego urzędnika skazano na śmierć i stracono. Syn skazanego wytrwale zabiegał o oczyszczenie ojcowskiego imienia, oraz ukaranie oszczercy, ale jako człowiek pozbawiony dochodów i znaczenia, nie mógł nic wskórać. W końcu, nie mogąc dojść sprawiedliwości, zabił winowajcę w miejscu publicznym.
Sędziowie, przed którymi postawiono młodzieńca, znaleźli się w wielkim kłopocie. Rzecz w tym, że według nauki Konfucjusza chłopak dokonał jednego z najbardziej chwalebnych czynów. Poświęcił własne życie, tylko ze względu na cześć własnego ojca. Trudno było o o wierniejsze dopełnienie zasady synowskiej miłości. W świetle obyczaju i tradycji, podsądny był bohaterem.
Niestety, człowiek ten podniósł rękę na pełniącego obowiązki, cesarskiego urzędnika. Było to nie tylko rażące naruszenie prawa (prawo wobec obyczaju było traktowane jako rzecz drugorzędna), ale także pogwałcenie społecznej harmonii, z jej hierarchią wzajemnych zobowiązań. Last but not least, młodzieniec dał wyjątkowo gorszący przykład, grożący samym podstawom państwa; gdyby każdy skrzywdzony poddany zaczął tym sposobem dochodzić swoich racji, skończyłoby się - jak wiele razy wcześniej - chłopskim powstaniem i zmianą cesarskiej dynastii.
Sędziowie po długich studiach i naradach wydali wyrok, kóry miał za jednym zamachem rozwiązać wszystkie nagromadzone problemy i oddać każdemu, co mu się należy. Młodego człowieka publicznie ścięto, by następnie... za państwowe fudusze wystawić mu pomnik, który zachowa sławę jego uczynku na wieczne czasy (biorąc pod uwagę cześć, jaką Chińczycy darzą swoich zmarłych, nie zdziwiłbym się, gdyby chłopak był dziś jednym z pomniejszych bóstw swojego regionu).
I tu notka powinna się zakończyć.
Bo jest przecież jasne, że o wyjasnienie losów telefonu - a przede wszystkim jego posiadacza należało się upominać jak najwcześniej, zanim badania komisji i oficjalne raporty nadszarpnęły trwale jego dobre imię. Dobre imię jego, oraz jego podwładnych, których wraz z nim zabrała nagła śmierć.
Tak samo jest jasne, że nie współgra ze sobą, gdy podnosi się zasługi tego, który zginął, a tego, który pozostał - oskarża się o działanie na rzecz kraju, w którym ten pierwszy stracił życie.
Motocyklista znikał za zakrętem, szybki jak myśl, która nasuwała mi - ni stąd, ni z owąd - strofy starego, zapomnianego wiersza:
Armia Nankińska generała "Na Dwóch Stołkach":
osiemset tysięcy ludzi stoi pod Szanghajem,
tam każdy żołnierz ma dwa karabiny,
a każdy nabój podwójnie strzela;
raz do księżyca, a drugi raz w portki...**
Ciągnęły chmury.
* Patrz w lusterka, motocykle JUŻ są wszędzie.
** Fryderyk Wolf "Piosenka żołnierska".


Komentarze
Pokaż komentarze (2)