rab bożyj rab bożyj
413
BLOG

Tłumaczenie. Jak przemawiać do dzikich

rab bożyj rab bożyj Polityka Obserwuj notkę 4

Ukrytym dedykuję. 

 

Pod koniec XIX wieku było już jasne, że w sprawach postępowania z dzikimi, rząd Jej Królewskiej Mości, Wiktorii, był prawdziwym ekspertem. Nic nie dowiodło tego tak dobrze, jak historia północnoamerykańskich Indian. W zasadzie, cel był taki sam i na północ, i na południe od Wielkich Jezior: czerwonoskórzy mieli zniknąć z prerii. Mieli przestać pałętać się po terenach, przydatnych dla hodowców i rolników. Chodziło o to, żeby kupić od nich ziemię, zamknąć ich w rezerwatach i zmusić do uprawy roli. Oczywiście, ludzie, którzy spędzili dzieciństwo, łupiąc kamień na groty strzał, nie mogli stać się groźnym rywalem dla farmerów z dziada-pradziada, a przewidywano, że regularne dostawy mąki, wołowiny i koców, wydawane przez rządowe agencje usposobią przychylnie do władzy nie tylko wodzów i wojowników, ratowanych w ten sposób przed głodem, ale i producentów tych dóbr, pewnych stałego zbytu. Ale sposoby, jakimi do tego celu dochodzono, rażąco różniły się skutecznością.

W granicach Stanów każdy akt przemocy, dokonany przez Indianina uznawano za wypowiedzenie wojny ze strony jego plemienia, wysyłając w odpowiedzi wojsko i stosując zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Pogranicze trwało w stanie nieustannej, pełzającej wojny, spano z bronią pod ręką, po obu stronach ginęli mężczyźni, kobiety i dzieci, a spychane na zachód plemiona co raz zrywały się do beznadziejnej walki. W granicach Korony przyjęto niepisaną zasadę, że Her Majesty savages podlegają brytyjskiemu prawu na podobnych zasadach jak pozostali poddani - oczywiście, na tyle, na ile można tego wymagać od dzieci, lub ludzi umysłowo nierozgarniętych. Za przestępstwo odpowiadał wyłącznie ten, kto je popełnił, za szkody wyrządzone na mieniu sądy wymierzały symboliczne kary, a porządku między czerwonoskórymi pilnowała nieliczna, pochodząca z ochotniczego zaciągu policja konna, zbierająca w szeregach poszukiwaczy przygód nie tylko z Nowego ale i Starego Świata. Ludzie ci zgodnie traktowali zachowania takie, jak używanie broni palnej, nadmierna brutalność, czy nadgorliwośc w wypełnianiu przepisów jako niesportowe i naganne. Dodając jeszcze dziedzictwo panowania francuskiego, takie jak zasiedziałe, chrześcijańskie misje, czy liczną społeczność francuskojęzycznych Metysów, rozdzielającą osiedla białych i Indian, uzyskiwało się obraz delikatnej, ale trwałej równowagi.

Nikogo nie dziwiło, jeśli kilku policjantów eskortowało cały szczep czerwonoskórych, albo zapuszczało się w głąb obozu, by wyprowadzić winowajcę za pióra spośród kilkuset współplemieńców (pewnych zresztą, że niedługo, cały i zdrowy powróci), a 14-letnia, biała dziewczyna, mogła paradować pośrodku grupy wojowników, twierdząc dumnie nie nauczono nas bać się Indian. Oczywiście, sielanka po północnej stronie granicy nie mogłaby istniec bez horroru po jej południowej stronie, a prestiż czerwonych kurtekbyłby znacznie mniejszy, gdyby nie fama o ekscesach kurtek niebieskich, ale generalnie obie, strony wojny cywilizacyj postępowały w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, ceniąc sobie wynikły z tego spokój tak dalece, że jednemu z rządowych agentów uszło na sucho nawet wtedy, gdy, rozwścieczony wykrętami, kopnął w siedzenie samego legendarnego wodza Dakotów - Siedzącego Byka.

Oczywiście, żadne dobro na tym padole płaczu nie może trwać wiecznie, a każde godziwe przedsięwzięcie może paść pastwą konfliktu. I tym razem zdarzyło się podobnie. Jak zawsze - gdy nie wiadomo o co chodzi - poszło o pieniądze, a właściwie o prawo do własności ziemi. Ponieważ historia działa się w Ameryce, nie mogło też obejść się bez cokolwiek pomylonego kaznodziei, który, niespodziewanie dla samego siebie, z czwartorzędnego komentatora stał się politycznym autorytetem. Dość, że Metysi wzniecili powstanie, a gdy Policja Konna zamknęła się w fortach, czerwonoskórzy zrabowali rządowe agencje, oraz osadników. Podnieceni bezkarnym rabunkiem i (zabronionym na codzień) alkoholem wojownicy zamordowali kilkunastu ludzi. Kontrakcja sił rządowych była rozpaczliwą improwizacją, ale i to wystarczyło aby zakończyć tragikomiczną historię metyskiego Eksowedatu. Indianie wrócili do rezerwatów szybciej, niż z nich wyruszyli, Metysi na wyprzódki deklarowali się wiernymi poddanymi królowej, szkody uprzątnięto, zmarłych pochowano, a władze zabrały się za szukanie winnych.

Oczywiscie, nie mogło byc mowy o masowych represjach; ciągle jeszcze wspominano przypadek niefortunnego generała Custera, a siły zbrojne Kanady okazały się właśnie nie do końca udaną improwizacją. Z drugiej strony, po tak poważnych rozruchach należało dać przykład grozy, aby prestiż władzy nie upadł całkowicie. Po długich naradach ustalono, że to wodzowie zbuntowanych Indian,  odpowiedzą za ogół swoich podwładnych. I tu moja* opowieść dochodzi do sedna.

Sąd, zebrany w miejscowości - nomen omen - Regina, biorąc pod uwagę, że Indianie mają nieokreślone pojęcie lojalności nie postawił im zarzutu zdrady, lecz przestępstwa ze zdrady. Zatem, gdy przed sądem stanął wódz, znany współplemieńcom pod junackim imieniem: Budowniczy Zagród, wysłuchał przemowy, że: wraz z różnymi, wrogo usposobionymi osobami, uszykowani i uzbrojeni na modłę wojenną, jako to w karabiny, strzelby, pistolety, bagnety i inną broń, będąc więc niegodziwie i przestępczo zgromadzeni i zebrani wspólnie przeciwko naszej Pani Królowej, najniegodziwiej i w sposób przestępczy wyruszyli i rozpętali wojnę, przeciwko pokojowi naszej wspomnianej Pani Królowej, Jej Koronie i godności. Oczywiście, akt oskarżenia sporządzono w czystej angielszczyźnie i trzeba go było podsądnemu przetłumaczyć.

Historia milczy, kto podjął się obowiązków sądowego tłumacza. Czy był to Mulat, szukający w wykształceniu drogi społecznego awansu? Czy podrzędny pismak, zarabiajacy na marny chleb utrzymanymi w sensacyjnym tonie sprawozdaniami z sądowych rozpraw, lub posiedzeń parlamentu? A może po prostu był to Jankes, traper lub zwiadowca, zapędzony za północną granicę nadzieją zysku, albo życia spokojniejszego i dłuższego niż w ojczyźnie? Tak czy tak, jego wyjaśnienia niosły treść prostą, jednoznaczną i dosadną: Wodzu, ci ludzie mówią, że będziesz ukarany, bo strąciłeś Wielkiej Matce czepek i dźgałeś ją szablą w tyłek.

Zaskoczony wódz zdołał tylko wstać i wykrzyknąć: Ten człowiek się upił! I były to jego ostatnie słowa w procesie.

* Dokładnej relacji z przypomnianych tu wydarzeń należy szukać w książce Grzegorza Swobody "Batoche 1885".


P.S. Ta notka jest moim udziałem w proteście, rozpoczetym dzisiaj przez użytkowników Salonu 24.






 

rab bożyj
O mnie rab bożyj

Niepiśmienny. Pochwytałem koncepta od księdza Bohomolca i tym baki świecę Large Visitor Globe Dobra, teraz Was widzę. Całą dwudziestkę :). Kierownik stołówki poleca: Dziewczyny bez zęba na przedzie. Podgaje; Polnische Wirtschaft. Wzorce osobowe na trudne czasy; Spelunka. Poziom przekazu, a skuteczność wobec targetu; Wojny owadów, wojny ludzi. I maja na Ziemiach odzyskanych; Analiza. Poliytkal fikszyn bliskiego zasięgu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka