Wtedy Małgorzata zaczęła odczuwać, że jej siły się wyczerpują. Łańcuch stał się jej nienawistny, wydawało się jej, że z każdą minutą przybywa mu ciężaru, że wpija się kantami w szyję. (...) trochę, choć nie na długo, ożywiły Małgorzatę obiecane przez Behemota niedźwiedzie. (...) Skądeś huknęły hulaszcze harmonie i straszliwym, zawadiackim "świecimiesiącem" zgłuszyły jazz . (...) Ukazała się lodowa sala, w której niebieskawe bryły oświetlone były od wewnątrz i pięćdziesiąt białych niedźwiedzi rżnęło na harmoniach. Jeden z nich - prowodyr i dyrygent , włożywszy na głowę kaszkiet, tańczył przed nimi.
- Potwornie głupie - mruczał Korowiow - ale osiągnęło cel. Poszli tam, a tutaj zrobiło się luźniej... Jestem zachwycony! (...)
Małgorzata rzuciła benadziejne spojrzenie w otchłań i trochę odżyła: potok rzedł, wyraźnie rzedł.
-Prawa ruchu balowego są niezmienne, królowo - odezwał się Korowiow - mógłbym wykreślić jego krzywą. Zawsze jest taka sama. Teraz fala zacznie opadać i przysięgam na te kretyńskie niedźwiedzie, że to ostatnie chwile naszych cierpień.
Niedźwiedzie dokończyły grać riazańskie cierpienia i przepadły razem z lodem.
- A oto ostatni gość - powiedział Korowiow, kiwając na ostatniego (...)
- Jak on się nazywa? - spytała Małgorzata.
- Doprawdy, jeszcze nie spytałem, Abadonna wie.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)