rab bożyj rab bożyj
760
BLOG

Wolność kozacka. O wyborach, protestach i TV TRWAM.

rab bożyj rab bożyj Polityka Obserwuj notkę 14

Wiosną sławnego roku 1918, chłop ukraiński nie miał powodów do radości. To prawda, lutowa rewolucja z jej hasłami równości i reformy rolnej podnieciła pokorne dotąd chłopstwo, a przywożone w plecakach dezerterów odezwy Lenina podsunęły myśl o zabraniu pańskichmajątków siłą. Prawda, rząd nowo powstałej Ukraińskiej Republiki Ludowej ogłosił wywłaszczenie obszarników i bezpłatne rozdanie ziemi bezrolnym. Prawda, chłopi na własną rękę rzucili się wywłaszczać; niejeden z wywłaszczanychpanów pośród tortur powędrował na sąd Boży. Ale potem przyszli Niemcy.

 

Niemcy mieli gdzieś jutrzenki wolności,  prawo narodów do samostanowienia, reformy rolne, zasady praw naturalnych i pisanych oraz skargi ograbionych ziemian. Niemcy hen, daleko, przegrywali wojnę. Ich gospodarka, padająca pod ciężarem forsownych zbrojeń, oraz kilkuletnej, głodowej blokady Ententy, potrzebowała wszystkiego. Mięsa, mąki, cukru, skór, węgla i twardej - bo złotej - waluty, którymi przecież wdzięczny naród ukraiński mógł obficie obdarzyć swoich nowych, germańskich sojuszników.

 

Rabunek z natury wymaga pośpiechu, a rabunek zorganizowany - jak mówi sama nazwa, dobrej koordynacji działań. Niemcy znali się i na tym, i na tym. Rząd Ukraińskiej Republiki Ludowej rozpędzono, głosami zjazdu włościan (zwanych dźwięcznie chleborobami) wybrano - w cyrkowym podobno namiocie - powolnego Niemcom Hetmana Wszej Ukrainy, ukraińskie wojska częścią rozegnano, częścią posłano na wieś, ściągać kontrybucje i przywracać na majątki wypędzonych dziedziców. Zahuczały nad Ukrainą karabiny, zahuczała po złodziejskich spelunkach piosenka Jabłuszko:

Na Ukrainie wesoło, wojna co dzień, chodzą goło!

Ukraina chleborodna, karmi Niemców, sama głodna!

 

W takich to warunkach mieszkańcy wsi Lemieszówka postanowili wyrazić swój protest. Fakt, nie było między nimi takiego, co nie trzymałby za belką obrzyna, ale rozsądny człowiek nie podpala własnej chałupy przy każdej kłótni w rodzinie: trzeba było wpierw spróbować po dobroci. Wiejski schod, po burzliwej naradzie, wybrał dwóch co bystrzejszych i mowniejszych gospodarzy, by jako delegaci wioski zaprotestowali w Kijowie przeciwko nowej władzy.

 

Długo by tu opowiadać, jak dzielni włościanie dotarli do Kijowa, i jak długo szukali po ulicach hetmańskiej siedziby.  Znalazłszy wreszcie gmach tchnący największą urzędową powagą (ludzie bardziej świadomi twierdzili, że był to budynek Rady Miasta), nasunęli czapki na bakier i mężnie ruszyli do wejścia. Wy, ojcowie, za czym? zatrzymał ich siedzący przy wejściu woźny. Myśmy deputaci wsi Lemieszówka, taraszczański powiat strzyżowieckiego okręgu! Przyjechaliśmy z protestem przeciw wyborowi hetmana! Woźny zamilkł na chwilę, przyglądając się chłopom uważnie. Po namyśle kazał im czekać, a sam ruszył schodami na górę i wrócił, prowadząc niskiego, siwego jak gołąbek urzędnika. Ten  podszedł do tematu sprawnie i rzeczowo: Wyście, hospoda hrażdany, delegaci? Protest macie na piśmie? Aha, niepiśmienni... Chodźcie za mną, zajmiemy się wami jak należy.

 

Cała grupa ruszyła schodami na górę, wysoko, prawie pod sam strych. Tam urzędnik skręcił w jeden korytarz, potem w drugi, aż otworzył drzwi skromnie urządzonej salki; było tam kilka krzeseł i pokryty suknem stół. Staruszek kazał przybyszom siadać, po czym nie opowiadając się, zniknął za drzwiami. Za kilka chwil do izby wszedł woźny. W jednej ręce trzymał bochen czarnego chleba, w drugiej - blaszany dzban, pełen wody. Postawił prowiant na stole i wyszedł, tak samo bez słowa. Zgrzyt obracanego w zamku klucza poderwał panów deputatów jak bliskie uderzenie pioruna. Niestety, nic nie dały hałasy i krzyki, masywne drzwi mocno siedziały w futrynie, a z okna w dół było dobre trzy piętra na brukowany dziedziniec. Czas mijał, schodziło w dół święte słoneczko i na dusze niefortunnych posłów kładła się noc-matka, czarna, straszna i rozpaczliwa.

 

Świt nie zmienił wiele, siedzieli naprzeciw, patrząc w czubki butów, by w oczach towarzysza nie dostrzec odbicia własnej grozy. Poderwał ich z miejsc dopiero znajomy chrobot ciężkiego klucza. W wejściu stanął znajomy urzędnik z kałamarzem i plikiem papierów; za jego plecami, w drzwiach, czuwał woźny z jakimś drugim, jeszcze szerszym w barach. Urzędnik usiadł, rozłożył dokumenty, odsuwając nietknięty bochenek: Wyście, obywatele włościanie, chcieli zaprotestować... Delegaci przerwali mu unisono: Nie! Myśmy się namyślili! Protestować nie będziemy! Zgadzamy się na wybór hetmana! Miejcie serce, puśćcie nas do domu! Urzędnik spojrzał znad papierów, dziwnie przygryzając wąsa: Chcecie do domu, to pójdziecie. Taż to nie więzienie! Namyśliliście się? To i dobrze, że się zgadzacie. Jeśli już o tym... Macie tu, obywatele, akt obioru hetmana, podpiszcie tam, na samym końcu. Można i krzyżykami.

 

Tak niezależnie od całej tej historii - ciekawe, czy pozostali nadawcy będą płacić za częstotliwość ciepłą  rączką, czy im się rozłoży na dogodne raty...

 

 

Historia delegatów z Lemieszówki opisana na podstawie wspomnień Marii Dunin - Kozickiej "Burza od wschodu",  Wydawnictwo "Artus", Łódź 1990.

rab bożyj
O mnie rab bożyj

Niepiśmienny. Pochwytałem koncepta od księdza Bohomolca i tym baki świecę Large Visitor Globe Dobra, teraz Was widzę. Całą dwudziestkę :). Kierownik stołówki poleca: Dziewczyny bez zęba na przedzie. Podgaje; Polnische Wirtschaft. Wzorce osobowe na trudne czasy; Spelunka. Poziom przekazu, a skuteczność wobec targetu; Wojny owadów, wojny ludzi. I maja na Ziemiach odzyskanych; Analiza. Poliytkal fikszyn bliskiego zasięgu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka