rab bożyj rab bożyj
298
BLOG

Śledztwo 2: archetypy wschodniej słowiańszczyzny. Kisiel

rab bożyj rab bożyj Polityka Obserwuj notkę 0

Motto: W klasie trzeciej np. uczeń Białek był «specjalistą od kałmuka» i opowiadał przez rok cały jakąś brednię o tem, jak to księżniczka ruska Olga powiązała wróblom ogony i spaliła jakieś miasto «Iskorostień»

Stefan Żeromski "Syzyfowe prace"

 

Między wiekopomnymi powiedzonkami mojej śp. Babci było jedno, szczególnie celne : Piekło się owaliło. Używała go rzadko, tylko w sytuacjach, kiedy jakieś zdarzenie pociągało za sobą tyle skutków, że dezorganizowało cały, ustalony tok polowych prac, a jego usuwanie (na zasadzie burzy mózgów) wywoływało bezhołowie, gorączkową bieganinę, kłótnie i długotrwałe niesnaski.

Właśnie w obecnej chwili jesteśmy świadkami takiego zdarzenia, kiedy to sejmowa komisja posła Macierewicza ogłasza wynik swoich badań, pośród nawału cudownych zdarzeń (znaki się bierze za cuda...), ogarniających swym zasięgiem obszary od podmokłych, nadwiślańskich stadionów, do szarych, zamglonych lasów Podmoskowia, gdzie na zagubionych wśród dzikiej przyrody daczach żyje twarde, acz serdeczne plemię generałów służb specjalnych i bytuje wpół mityczny, stroniący od cywilizacji i niedostępny oku wędrowca ludek rosyjskich blogerów.

Tak więc, w momencie , kiedy piekło się owala, na Waszych oczach i po trosze na Wasze głowy, chcę, drodzy Czytelnicy, ukoić Wasze stroskane dusze. Opowiem Wam bajkę. Ponieważ na tym portalu historia o wróblach i księżniczce Oldze to poletko kolegi Białka, ja opowiem Wam bajkę z tych samych miejsc i czasów, ale nieco inną.

 

Wiele już upłynęło sinych wód donieckich, od czasu, gdy Oleg, przyszedłszy i siadłszy na Kijowie, rzekł: Taka mać grodom ruskim!, po czym rozciągnął swe dziedziny aż po przestwór czarnomorskich stepów. Wiele razy z tych sinych wód czerpali szłomami koczowniczy Połowcy, idący na północ Ruś grabić, mordować, do siodła przywiązywać kobiety porywane w jasyr. Tak było i tym razem. Miasto piąty tydzień stało w oblężeniu, poganie obsadzili już nawet podgrodzia i miejski wodopój, że nie szło konia napoić. Wobec tego konie zjedzono, a kiedy ostatnia szkapa powędrowała do wspólnego kotła, tłum spostrzegł, że nie ma już nic, czym by można tę szkapę w kotle zastąpić. Proszczaj rodina, chleba bolsze nietu. Skrzywiła się Ruś, zaszemrała przeciw kniaziom, ten i ów w roztargnieniu jął ręką macać za grubszym kijem, ktoś wspomniał o odbiciu bojarskich piwnic, ktoś inny - o poddaniu miasta. Bo jasne było, że tak zawzięcie prowadzona obrona długo się już nie utrzyma.

Wtedy wystąpił z tłumu starzec, gruby, a sprosny, niby eks-rzecznik jakiejś junty, dożywający lat na posadzie medialnego potentata (albo inny specjalista od śpiewu i mas o podobnym życiowym doświadczeniu), potoczył wokół świńskimi oczkami i rzekł: Znajdźcie mi, ciemniaki, cokolwiek strawy, choćby tego świnia jeść nie chciała, a ja sprawię, że ta zezowata horda we trzy dni pójdzie tam, gdzie ją z kozy spłodzono. Kopnęły się bojarskie drużyny, i za czas jakiś przyniesiono dziadowi mieszek stęchłej, żytniej mąki i kadkę kisnącego miodu. Ten kazał z mąki rozczynić kadź kisielu, a w drugiej kadzi rozmieszać miód z drożdżami, jak do sycenia, zaś potem każdą ze stągwi opuścić na dno wyschniętej studni. Kiedy wszystkiego dopilnował, wylazł na bramę i zawołał o posłów.

Następnego dnia dwaj połowieccy kniazie, uzbrojeni tylko w zielone gałęzie - stary znak poselski, wkroczyli w bramy grodziska. Spodziewali się pokłonów w pas, bitych przez zlęknioną starszyznę, ale wzdłuż drogi stała jedynie czerń, popatrująca spode łba. Gdy ruszyli w kierunku grodowego dietińca, spomiędzy czerni wylazł znajomy staruch, który – zlekceważywszy posłów wzrokiem – odezwał się do nich nachalnie: Możecie mnie, koniuchy, w zadnicę pocałować. Cóż, Połowcy byli ludźmi dzikimi. Zdarzało im się jeść na surowo, zdarzało się pijać z czaszki wroga uśmierconego w uczciwej walce. Ale, jak przystało ludziom rozumnym, trzymali się wiernie praw i zwyczajów, tak wojny, jak pokoju. Nigdy nie przyszłoby im do głowy podstępne wymordowanie idącego przez ich ziemie poselstwa, czy pielgrzymki, ani wysłanie w dyplomatycznej misji jakiejś skleroźnej babiny, o urodzie i manierach osoby nagle wzbogaconej na bazarowym handlu masłem*. I tym razem ich posłowie umieli się zachować: dziadyga nie został na miejscu uduszony, a ważniejszy z dyplomatów grzecznie uprzedził: Staryś, grzybie, słaby, to i głód ci we łbie mąci. Ale słowa waż, bo gdy gród weźmiem, możemy się o nie upomnieć. Ich rozmówca zaśmiał się jeszcze paskudniej: Wasi zwiadowcy kumysem opici, albo od naszych kniaziów przekupieni: ani grodu nie weźmiecie, ani my głodujem. Mamy w mieście studnię jedną, co żytni kisiel daje, a drugą, z której sytę na miód bierzem.

Koczownicy, ludzie bywali i praktyczni, bynajmniej nie uwierzyli na słowo. Kazali się powieść ku studni i naczerpać czarodziejskiego pokarmu, a kiedy na ich oczach nabrano wiadro i kisielu, i syty, wielkim sporem i uporem wymogli, by zabrać otrzymane próbki do obozu. Ruś, naród otwarty, szczery i serdeczny (choć nieco obraźliwy i narwany), nie poprzestała na wiadrze; posłów obdarowano całą kadzią żytniej brei. Ci z wielkim trudem donieśli ją od grodowych wałów do obozu, tam zwołali ciżbę i opowiedziawszy współplemieńcom wieści z oblężonego miasta, rozdali otrzymany zaczyn, żeby każdy wątpiący mógł go spróbować osobiście. Cały wieczór, przy każdym obozowym ognisku, stepowi syrojedcy gotowali i kosztowali kijowskiego kisielu.

Następnego dnia w najezdniczym obozie wybuchł tumult i krątwa. Jedni siadali na koń, rzucając namioty i dobra, byle tylko nie wojować przeciw nadludzkim, ciemnym siłom, stojącym za ruskimi czarownikami. Inni zwołali krąg rady, by wybrać nowych wodzów, a tych co maczali palce w poselstwie ogłosić zdrajcami. Jeszcze inni, z szablami w garści upędzali się po namiotach, szukając rzekomo przekupionych zwiadowców. A najrozsądniejsi cichcem troczyli juki i wymykali się pojedynczo do domu, nie chcąc mieć nic wspólnego z durniami, którzy wierzą, że kisiel bierze się ze studni.

Po trzech dniach pod murami nie stało żywej duszy. Grodzianie otwarli bramy, nakupili jadła, po czym żyli długo i szczęśliwie. Zmyślny starzec otrzymał dostojeństwa i bogactwa, a nade drzwiami jego lepianki przybito złotą gwiazdę bohatera federacji ruskich grodów.

 

P.S. Dzisiejszy, zepsuty świat to miejsce pełne pychy i zawiści. Dlatego wcale mnie nie zdziwi, jeśli jakiś uczony mędrek wyśmieje moją opowieść, wywodząc, że nie Kijów, nie Połowcy, i że nie z czaszki a z piszczela. Jedynie dla porządku zatem przypomnę, że to, co napisałem powyżej to baśń.

A baśń, wiadomo, jak niedźwiedź: żreć jej się zechce, to wlezie na pasiekę, ule powywraca, porozp…rza, powybiera, co jej najbardziej w smak, a potem się dziwi, że coś wkoło huczy, kudłów się czepia i gryzie.

 

*Dlatego też, z biegiem wieków, naród połowiecki musiał ustąpić miejsca ludom o znacznie większej elastyczności poglądów i postępowania.

 

rab bożyj
O mnie rab bożyj

Niepiśmienny. Pochwytałem koncepta od księdza Bohomolca i tym baki świecę Large Visitor Globe Dobra, teraz Was widzę. Całą dwudziestkę :). Kierownik stołówki poleca: Dziewczyny bez zęba na przedzie. Podgaje; Polnische Wirtschaft. Wzorce osobowe na trudne czasy; Spelunka. Poziom przekazu, a skuteczność wobec targetu; Wojny owadów, wojny ludzi. I maja na Ziemiach odzyskanych; Analiza. Poliytkal fikszyn bliskiego zasięgu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka