Łódź polskiej debaty publicznej tańczy na falach dyskusji o niedzielnej warszawskiej demonstracji. Tak jak w sprawie smoleńskich śladów trotylu, każdy dostaje dokładnie to, co chciałby zobaczyć.
Zwolennicy europejskiego, liberalnego i pobłażliwego rządu miłości dostają obraz chuligańskiej zadymy, rozpętanej pośrodku dobrobytu przez nieodpowiedzialną opozycję. Zwolennicy opozycji dostają obraz władzy brutalnej, pogardzającej prawem, policjantów kopiących przechodniów i bijących dzieci. Ludzie zniechęceni, gardzący polityką i angażowaniem się w sprawy kraju, dostają gwałtowny zalew krzykliwych i jaskrawo sprzecznych informacji, które utwierdzają ich tylko w przekonaniu, że cała ta polityka to sprawa beczelnych, niepoprawnych łgarzy, od której trzeba trzymać się jak najdalej.
Najciekawsze jest to, że w całym tym sporze, wszystkie strony solidarnie pomijają niektóre kwestie.
Na przykład nikt nie zapytał, kto i na jakim szczeblu decyduje o rodzaju środków, użytych do zabezpieczania porządku i o sposobie użycia tych środków. Ot, choćby broni gładkolufowej z gumową amunicją, gazów łzawiących, czy składanych, metalowych pałek. Na jakich podstawach. I czy ten ktoś odpowiada także za za przebieg interwencji, oraz za ewentualne błędy, do których podczas niej doszło.
Trzydzieści lat ciągają po sądach paru ledwie żywych mundurowych emerytów i niczego się jeszcze nie nauczyli.
Nie napiszę których. Nomina sunt odiosa, które to proverbium jest notum.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)