Marsz odbył się bez zakłóceń, chociaż firmowały go i tworzyły grupy mające w mediach najgorszą z możliwych prasę. Oskarżane przez publiczne i prywatne gazety, stacje radiowe, telewizyjne i elektroniczne portale o szerzenie nienawiści myślą, mową uczynkiem i zaniedbaniem.
To, że ekscesów nie dopuścili się uczestnicy marszu, nikogo nie zdziwi (każdy z nas wie, że w Polsce wszystkie akty przemocy kierowane są w stronę tych co rzekomo do przemocy nawołują, a najbardziej drastycznym czynem którego dopuścili się przeciwnicy rządu było… samospalenie doprowadzonego do ostateczności mężczyzny, dokonane pod kancelarią premiera). Wiadomo, że opozycja zostawiona sama sobie, będzie przechodzić na zielonym i pozbiera za sobą papierki.
Ale tym razem żadnych wyskoków nie dopuścili się polityczni przeciwnicy demonstrujących. Żadnych gumowych pocisków, metalowych pałek, nie-wiadomo-czy-funkcjonariuszy w kominiarkach, opancerzonych polewaczek, gazów i palonych samochodów transmisyjnych. Nawet zagranicznych, lewackich bojówek zapomniano importować. Pozostaje tylko zachodzić w głowę, co sprawia że ci sami ludzie mogą w podobnych sytuacjach okazywać tak różne reakcje. I zgadywać, co decyduje, o tym, jak reakcja w danym przypadku wygląda.
Ja osobiście sądzę, że ten wczorajszy spokój, to zasługa pewnego steranego wierną służbą generała, który dzień pochodu zgodnie z niepisaną tradycją spędził na leczeniu szpitalnym. Bo to generał odcisnął na wczorajszej dacie niezmywalne piętno. Wybierając 13 grudnia na czas rozpoczęcia zaplanowanej przez siebie pacyfikacji, nadał tym dwóm słowom stałą, niezbywalną markę na giełdzie medialnej informacji. Skojarzył je raz na zawsze z takimi pojęciami jak: zdrada, zniewolenie, akt brutalnej przemocy, niezawiniona krzywda, samowola satrapy. I teraz każda władza, która ma cokolwiek za uszami, będzie robić wszystko, żeby tej daty nie nagłaśniać.
I wszystko jedno, czy chodzi o to, że pałki, tarcze i gaz łzawiący użyte akurat w ten dzień budziłyby fatalne skojarzenia wśród tubylców, czy może o to, że migawki w wiadomościach zachodnioeuropejskich stacji trzeba byłoby opatrzyć komentarzem , wyjaśniającym dlaczego akurat teraz doszło do rozróby.
A komentarz wymagałby dodatkowych wyjaśnień, może paru faktów, może paru migawek – tu czołgi, tam tłumy, jeszcze gdzieś wąsacz z wyciągniętą w geście triumfu ręką, może człowiek w długiej, białej szacie, albo okrągły mebel w rzucie z góry, burzony gołymi rękami mur. I okazałoby się, że Polacy, pomiędzy rzekomym „paleniem Żydów w obozach zagłady” a „odbieraniem miejsc pracy” spokojnym mieszkańcom państw Starej Europy robili coś jeszcze. Coś, co daje im powód do dumy.
A poczucie dumy jest - obok żywej, katolickiej wiary - rzeczą która najbardziej odbiera wartość podstawowemu polskiemu towarowi eksportowemu: taniej, inteligentnej i niewymagającej sile roboczej. Imigrant dumny z siebie, choćby był pariasem, nie porzuca swojej kulturowej tożsamości. Źle się asymiluje.


Komentarze
Pokaż komentarze