Motto: Możecie liczyć na przyjaciół.
Kazik Staszewski.
Kolejny raz mamy nowy rok. Zmiana kalendarzy jak zwykle jest okazją, żeby zapomnieć o popełnionych błędach, poniesionych niepowodzeniach, powiedzieć, że kiedy jak kiedy, ale teraz już na pewno będzie dobrze i udawać, że zaczyna się od zera. Byłoby z mojej strony nieładnie, gdybym jako posiadacz samochodu z silnikiem diesla, kuchenki elektrycznej, takiej-że nagrzewnicy do wody, oraz kotła CO opalanego węglem, nie włączył się w ten nurt optymizmu, pogłębiony i skanalizowany przez ostatni sukces rządu - spadek ceny rosyjskiego gazu (z wartości absurdalnej do astronomicznej).
Jak każdy aspirujący do miana osoby trendowatej (tj członka sfer oświeconych, żyjącego zgodnie z duchem czasu), lękam się nieładnego postępowania bardziej, niż usługi stomatologicznej świadczonej przez państwową placówkę Służby Zdrowia. Wobec tego dołączę się do radosnych chórów i opowiem historyjkę lekką, wesołą, i niezależnie od interpretacji - mającą dobre zakończenie.
Jak zwykle, były lata dziewięćdziesiąte, i, jak zwykle, czerwiec leżał już na pokosie; kłopot polegał na tym, że to my mieliśmy ten pokos zwieźć. Nałożona piętrowo furmanka wytoczyła się z leśnej drogi na szosę. Słońce zaświeciło, przypiekło, brzęcząca wokół nas chmura krwiopijnego plugastwa znikła jak zaklęta. Z rozkoszą ściągnąłem koszulę z długim rękawem i wyłożyłem się na sztywnym, kłującym, grubym sianie. Na przedzie fury Dziadek garbił się sennie nad lejcami, ćmiąc HiT-a i odpowiadając na pozdrowienia przechodniów uprzejmym puknięciem w dach opuszczonego na oczy kaszkietu. Gniady wałach człapał niechętnie, trząsł grzywą i gęsto śmigał ogonem.
Wjechaliśmy między pierwsze zabudowania. Dziadek puścił dym nosem wprost w sumiaste wąsy, łypnął zezem, gdzie popiół narastał na końcu papierosa i sięgnął ręką do ust. U, patrz, Świsiowa chałupa - mruknął z zadumą. Pińćdziesiónt lat jak stoi, a ino ternitem pokrył i dalej w nij siedzó. Pirszy we wsi dóm po wojnie. Niespokojnie przeniosłem wzrok z ognistej plamki, kreślącej elipsy nad górą wyschniętej na pieprz turzycy, na dom schowany za różnobarwnym ogródkiem. Zwykła, parterowa, stara chałupa z dwuspadowym dachem i wąskimi , dzielonymi na czworo oknami. Tylko ściany postawiono nie z sosnowych bali a z szarego, ciętego w kostkę ręczną piłą lokalnego piaskowca. Skąd wiecie?Dziadkowe oczy zwęziły się w uśmiechu. Bośwa przy nij z Jaśkiem robili. Cały dach, krokwy, podścibitka, wszyćko moja robota. Znów spojrzałem na papierosa. Niemcy spalili? W obławę? Staruszek tylko się skrzywił. Niii. Miemce spaliły Majdan. A Świś sie spalił za Ruska, jak frónt stał na Wiśle.
Coś mi nie grało. W czasie wojny nasza wieś była bazą - i matecznikiem - oddziału Gwardii Ludowej, którego członków wdzięczni ziomkowie jeszcze długo po wojnie obdarzali mianem rabusiów, diablarzy i - last, but not least - świńskich partyzantów. Ale partyjna przynależność tych wojaków miała i dobre skutki: pacyfikujący wioskę Niemcy nie wyrżnęli ludności, a po przejściu frontu Rosjanie zachowywali się wśród naszych jak w gościach; kobiety, kury i cielęta mogły spokojnie chodzić środkiem drogi, a wszystkie dobra, brakujące tak cywilom, jak bojcomzdobywano na zasadzie wymiennego handlu.
Staruszek bez mrugnięcia wytrzymał niedowierzające spojrzenie. To było bez lotnisko. Londowisko miały na rudzkich łónkach, a u tu, na Górce, stał śtab. Piloty spały w namiotach, a w po stódołach te baby, co trzymały warta. Baby, w mundurach, z karabinami. Wesołe byli. Dziadek znów krytycznie zerknął na kopcącego peta, wsadził go nazad do ust i mówił dalej, nieco przez zęby. A w te casy Świś gónił nolepszy bimber w okolicy. Z cały wsi się chłopy schodzili. To i handlował z temi Ruskiemi. Popiół rosnący na końcu papierosa zaczął nieznacznie wyginać się w łuk. Podniosłem się, udając, że od siana swędzą mnie plecy. A czym mu mogli płacić? Spadochronami? Podsunąłem się nieznacznie na odległość ręki. Naftóm, co jó mieli do silników. Bańka za bańke. To se jej ponaliwoł, we wiaderka, w niecki i trzymał w kómorze. W cały chałupie tóm naftóm śmierdziało.
Coś mi zaczęło świtać. Po cholerę mu to było?!Dziadek flegmatycznie połknął haust dymu. Do lampy świcić.Przez głowę przeleciały mi kolumny danych. Myśliwce walczących stron, silniki Allisona, Daimler-Benza, Klimowa. Benzyna. Mniej-więcej stuoktanowa. Poczułem ukłucie niezdrowej ciekawości. Poświecił se?Dziadek połknął następny haust. Ano, nie zdóżył. Goróco było, jak tera...
Ręka Dziadka wystrzeliła w bok, jak kobra. Wisząca na końcu peta pecyna żaru pomknęła w górę, by po pięknej, balistycznej krzywej wylecieć poza obręb natłoczonej sianem furmanki. Odprowadziliśmy ją wzrokiem hen, do zdeptanego asfaltu. ...A ón wloz do kómory ze świckóm. Dźwi byli otwarte, to go wyrzuciło do sieni, a z izby pouciekały bez okna. Ale wyniesły tyle, co kto miał na sobie, bo był wielgi ogiń. Cała chałupa poszła, do samygo fudamentu. Niedopałek wrócił na swoje miejsce pod wąsem.
A te Ruskie, co stały na warcie, zaceny strzyloć w powietrze. Zleciało się ich całe lotnisko, to nawet nie gasiły, ino zaceni ścinać młode drzewka i tem przykładać strzechy, na chliwach, na stódole i u somsiadów, i nie zajeno sie. I jakby nie óni, to by sie cała Górka zhajcowała, bo to był walny pożar. Świś miał cóś złota sprzed wojny zakopane, to sie od razu pobudował, a kamień to spoza Jakubowa kazał wozić, bo se poprzysiong, że w drzewianym wiency mieszkać nie bedzie.
Nad drogą, w gałęziach zamajaczył upiorną czerwienią szyld spożywczaka. Wałach, ściągniety wędzidłem zdreptał na pobocze, schylił łeb do mizernej, wydeptanej trawy. Dziadek z zadziwiającą zręcznością zsunął się na dyszel, rzucając mi lejce i wymiętą paczkę papierosów. Jak chces, to zejdź zfury, ino kónia trzymoj. A drugi raz sie nie caj, jak nie umisz polić na furze, to spytoj, ja cie nauca.
P.S. Oczywiście, nazwiska i nazwy pozmieniałem. Nawet z karej kobyły zrobiłem gniadego wałacha. Ale w Babkę, puszczającą dym w sumiaste wąsy i tak by nikt nie uwierzył...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)