Znowu będzie nie to, co powinno, ale życie biegnie za szybko. Zachowam resztkę przyzwoitości, i zamiast jednego wspomnienia, opiszę inne, też na czasie.
Oczywiście, podobieństwo jest w granicach prawdopodobieństwa, a cała rzecz działa się dawno temu w Ameryce; ksiądz Marcin przyszedł w tym kożuchu i w nim wychodzi.
Kiedy byłem dzieckiem, bardzo lubiłem wyjazdy do księdza Marcina. Serdeczny znajomy moich rodziców, wikary w małomiasteczkowej parafii, na samym początku stanu wojennego wylądował w jakiejś plebanijce między Lubaczowem a Hrubieszowem. Na niedzielną mszę chodziło tam siedmiu na krzyż sprawiedliwych, tubylcy mówili półgębkiem (żeby nikt nie wypatrzył ciemnego podniebienia, śmiał się wujek Władek), a pod kościół podjeżdżało się żwirówką. Jednym słowem, zadupie jeszcze większe niż u nas, cała różnicę robił tylko mały gaik za płotem. Rosły w nim nie sosny, ale o dziwo, jakieś drzewa liściaste.
I nie chodziło o to, że taki wyjazd był rodzinną eskapadą, z krzątaniną, nalewaniem w termosy, robieniem kanapek i porannym przeglądem technicznym wysłużonego Trabanta. I nie o to, że przez pierwszy rok trzeba było legitymować się znudzonym patrolom. Otóż, ks. Marcin był wyjątkowy i tą wyjątkowość rzucała się w oczy już na progu mieszkania. Pod krzyżykiem, na wprost wejścia, wisiał orzeł w koronie (taki sam, metalowy wpięty był w klapę sutanny), nad łóżkiem wisiała biało-czerwona flaga ze słynnym napisem wykonanym kulfonami, na biurku stała karykatura ślepowrona, a na bocznej ścianie szczerzył się spod wąsisk sam legwan Lance'a, wymalowany (jak i ślepowron) czarnym tuszem na kartonie. W ogóle z tamtych czasów pamiętam malowidła tylko tuszem na kartonie; nie wiem czy była to moda, czy po prostu nie było farb w sklepach.
Ale nie chodziło i o to. Po prostu, kiedy tam zajeżdżaliśmy, zaraz po poczęstunku który nie obył się nigdy bez czekolady, albo puszki ananasów w zalewie (nie pamiętam, żeby ktokolwiek z dorosłych raz wyciągnął rękę do tych przysmaków), ksiądz wpuszczał mnie do pokoju, w którym trzymał książki. A miał całą masę książek historycznych. W bibliotece takich nie znalazłeś. Najbardziej lubiłem te stare, które pisały o naszych idących na Kijów. Albo broniących Warszawy. Zdawałem sobie sprawę, że chodzi o te same zdarzenia, o których wspominała rodzina Taty, ale ni za cholerę nie mogłem dojść, w jakich to było latach. Bo w tych, o których pisały książki nie było przecież żadnej wojny...
Kiedy przekopywałem się przez wspaniale ilustrowane stronice jakiejś "Księgi Chwały Piechoty", albo podziwałem sępi profil sumiasto-wąsatego staruszka w wymiętej wojskowej czapce, dorośli rozmawiali do późnego wieczora. Zza solidnych, starych drzwi, dochodziły strzępy rozmów: Nie mam pojęcia....porozsypywało...jeden bałagan. Byliśmy u niego, opowiada.... wiecie, w razie czego, dali mi kierowcę...mówi pokaż, który to... a on biały jak ściana...pytam, co Ci się stało, on na to: Marcin, ten jego kierowca mnie w 80 przesłuchiwał!!!


Komentarze
Pokaż komentarze