Imiona i drobne szczegóły zostały zmienione, ksyw zmieniać nie ma powodu, nazwiskiem, którego trzeba by użyć, nie będę sobie paskudził bloga.
Motto: Ptak ptakowi niejednaki
człek człekowi nie dorówna
dusza duszy zajrzy w oczy
nie polezie orzeł w gówna.
S. Wyspiański.
Dawno temu, kiedy z Britym* - tuż po odebraniu dyplomów - wyjechaliśmy do miasta, szukać pierwszej pracy, zakwaterowaliśmy się na miesiąc w mieszkaniu Kaliny. Wręczając Britemu klucze, dziewczyna uprzedziła: O każdej porze może do was wpaść Wujek Sodomita. Pokój po prawej stronie jest wasz, kuchnia i łazienka wspólne, jakby rozrabiał - telefon do mnie; nie ma prawa podskoczyć. Nic się nie bać, będzie w porządku. Oczywiście, nie widzieliśmy powodów do strachu, pojedyńczy sodomita nie wydawał się niebezpieczny dla dwóch sprawnych fizycznie, zdrowych (choć w tamtym czasie notorycznie przepitych) mołojców. Ale na pojawienie się postaci w tak niecodzienny sposób opisanej czekaliśmy, przyznaję, z pewnym napięciem.
Sodomita pojawił się zupełnie zwyczajnie, wczesnym przedpołudniem. Niewysoki, chudy brunecik ze staroświeckim wąsem, w wyświechtanym, modnym kilka lat wstecz ubraniu, o charakterystycznym, knajackim fasonie, otworzył drzwi z klucza, przywitał się grzecznie i wesoło, rozejrzał po - jego własnym, jak się potem okazało - domu i zamieszkał. Nie wiem, kto pierwszy sięgnął po półliter, ale gdy przybyłem, Brityj był już w świetnej komitywie z gospodarzem. Od kolejki do kolejki, cała jego skomplikowana historia zaczęła się wyjaśniać.
Facet, starszy od nas o jakiś tuzin latek, urodził się i wychował w tym właśnie mieszkaniu. O dziecka miał do szkoły pod górkę, znacznie bliżej do bramy, w której wystawali okoliczni kolesie, jeśli akurat nie szukali zajęcia na niezbyt odległym dworcu. Gdy odumarli go rodzice, praktycznie zamieszkał na ulicy, z rzadka tylko wracając spać. Że był to chłopak z tych, co dają się powiesić dla kompanii, przesadził kiedyś porządnie (poszło chyba o zakłócenie ciszy nocnej przy użyciu niebezpiecznego narzędzia) i upomniał się o niego rejonowy prokurator.
Ale poszukiwany rozpłynął się w miejskiej dżungli, a gdy organa nie przestały za nim tropić, dał nogę za granicę i słuch o nim zaginął. Najbliżsi krewni spłacili co bardziej nieprzyjemnych wierzycieli, zatrzymując w zastaw chwilowo bezpańskie mieszkanie. A jego właściciel zalazł się na południu Europy, bez środków utrzymania, bez znajomosci języka i alfabetu, zdany wyłącznie sam na siebie. Zatem, niby biblijny syn marnotrawny, przystał do jednego z tamtejszych obywateli, który wysłał go w góry, jako pastucha przy wielkim stadzie owiec. Kilka lat spędził na zapomnianych od Boga pustkowiach, w otoczeniu zwierząt i takich jak on sam wyrzutków, dla których największym szczęściem było raz na kilka miesięcy zejść na nocleg do najbliższej osady.
W zasadzie już wszystko było jasne. Ale Brityj, człowiek mocnej głowy, a do tego cwaniak i wielki szyderca, parł bezpośrednio do wyjaśnienia. Wyciągając z zapasów ostatnią butelkę (ciepły gin lubuski popijany mirindą; pamięta ten, kto przeżył) pokręcił z niedowierzaniem świecącym czerepem: Nie wierzę, żeby tyle czasu dało się wytrzymać bez kobiet. Gospodarz wykrzywił wąsatą fizjonomię: Trzeba było sobie radzić.
Po kilku latach spędzonych w roli spieszonego Beduina, bohater mojej opowieści wrócił do kraju, w którym coś tam zdążyło się już przedawnić, czy przygłaskać. Teraz przecierał stare, zapomniane ścieżki, raz po raz znikając na kilka dni w rejonach zwanych przez tubylców Trójkątem Bermudzkim. Wracał zawsze rano, szczęśliwy, śmierdzący wódą, witał się uprzejmie, brał kąpiel, walił klina i, wyspawszy się, wieczorem znikał w odrapanych podwórkach.
Z jednej z takich eskapad przyprowadził ze sobą kobietę. Dziewczyna na oko była w naszym wieku, ale jej wymęczona życiem twarz i apatyczne, lękliwe zachowanie nadawały jej pozór schorowanej czterdziestolatki. Przyszła bez słowa i już została. Nigdy nie usłyszałem jej głosu. Gdy jej mężczyzna znikał, zostawała zamknięta w jego pokoju, poruszając się jak duch, schodząc nam z drogi, na powitanie odpowiadając skinieniem głowy, jakby bała się, że jedno słowo lub niebaczny ruch mogą pozbawić ją wyśnionej, kruchej stabilizacji. Nawet z kuchni i łazienki korzystała wczesnym rankiem, kiedy odsypialiśmy nocne wyjścia na Starówkę, albo łazęgi po sklepach benzynowych stacji. A kiedy wracał, zamykali się po przeciwnej stronie korytarza, albo godzinami szykowali obiady ze skromnego prowiantu, a w domu zapadała wielka, szczęśliwa cisza, którą wstydziliśmy się zamącić głośną muzyką, czy przypadkowym przekleństwem.
Tutaj dochodzę do sedna, do powodu, dlaczego postanowiłem wywlec historię Wujka Sodomity na dzienne światło. Otóż dlatego, że nie pamiętam, żeby ten prymityw, wykolejeniec, nałogowiec, kryminalista i okazjonalny zoofil kiedykolwiek, jakkolwiek odniósł się obraźliwie do kobiety. Jakiejkolwiek kobiety. Gdyby jakiemuś taniemu kozaczkowi przyszło na myśl, w pobliżu tego prymitywa etc., etc., użyć wobec kobiety słów: wykopać, odszczekać, za pirze, albo po prostu won, kozaczek na dzień dobry dostałby z liścia, a od tego tylko by się zaczęło. Podobnie zresztą wyglądałoby następstwo zdarzeń, gdyby ktoś użył wobec kobiety podobnych słów w wiejskiej piwiarni, gdzie resztki zdrowia marnują miejscowi alkoholicy.
Cóż, Wujek Sodomita nie był intelektualistą. Ani publicystą. Ani znanym literatem.
I teraz pozostaje tylko pytać. Czy sedno sprawy leży tylko w kulturze osobistej? Czy grzeczność Sodomity wynikała z kulturowych archetypów, tak odmiennych w osiadłych społecznościach rolniczych i w plemiennych wspólnotach nomadycznych ludów? Czy po prostu naprawdę istnieje coś takiego, jak charakter narodowy i polskie wychowanie?
*z rosyjskiego: "ogolony". Po naszemu:"łysy".



Komentarze
Pokaż komentarze (10)