Słońce jak zwykle świeciło, zbyt aktywnie, jak na czas majowego weekendu. Było to dość przykre, zważywszy, że trzeci dzień bez przerwy legaliśmy w browarze; kto pił z Niezłym i Bugsem wie o co mi chodzi. Nie dosyć słońca, Niezły załapał jakąś przykrą fazę na drażnienie publiczności i co chwila próbował śpiewać Giovinezza, znając tylko dwa pierwsze wersy refrenu. Nie próbowałem reagować. Po pierwsze, byłem pewien, że nikt z otoczenia nie rozpoznaje włoskiej muzyki marszowej ze słuchu, po drugie sama fizys Niezłego stawiała go poza podejrzeniem; z dwudniowym choćby zarostem wyglądał jak czech, a regularne (nawet w biwakowych warunkach) golenie zmniejszało ten efekt ledwie o połowę. Tylko Bugsy burczał coś pod nosem o dzielni, wstydzie i lidze bezpańskich rodzin. Zezował przy tym, czy prawica Niezłego nie wędruje w górę i dbał, żeby naczynie, które nasz kompan w niej trzymał, nie pozostawało puste. Krótko mówiąc; nie chciał mu dac okazji do zamawiania piwa.
Nie uważaj, znużony gościu, tych starannych zabezpieczeń za przesadne; było to w czasach, kiedy jeszcze wszędzie uśmiechał się tylko trup, rad, że ma spokój, Polakom było wstyd, rządziły - według rażonego filipińską chorobą klasyka - podsłuch inwigilacja i szczucie, burzył się znędzniały personel szpitalny i pozbawiona ukochanego Gombrowicza dziatwa szkolna.
Kraj wrzał, wolny świat wyrażał oburzenie, a tu jeszcze niektórzy członkowie partii koalicyjnej, ni z tąd ni z owąd, na oczach oburzonych kamer spróbowali odzyskać dla współczesności salut rzymski, zawłaszczony dotąd bezprawnie przez niemieckich nazistów... Tak, Bugsy miał powody do niepokoju i burczenia, ale ja, w miarę ubywania płynu w szklance, coraz częściej wybiegałem myślą w przyszłość. A przyszłość ta leżała na wschodzie, gdzie szlakiem wytartym przez moich praojców, ojców i stryjców miałem się udać, by z kraju sławnego pięknością, mądrościa i - last but not least - oszczędnością gospodyń, przywieźć sobie małżonkę i pozostawić tam, na miejscu, zatopionych w tkliwym żalu teściów. Pozostawić tych teściów za Sanem.
Stąd ta piosenka, której by nie było.
Bo oczywistym jest, że informacja, jakoby ukraińscy nacjonaliści zapowiedzieli przyłączenie mojego teścia, wraz z kilkunastoma granicznymi powiatami, do Republiki (Zachodniej) Ukrainy, szarpnęła mnie za serce i rzuciła przed komputer. Czytałem, słuchałem i patrzyłem.
I rosło we mnie poczucie deja vu. Bo widziałem, jak koalicjant rodzącego się w Kijowie ruchu odnowy państwa, publicznie wykonuje polityczne harakiri w ślepiach wpatrzonych kamer.
Jak w ślepiach tych kamer, poczciwy, rozbawiony € - majdan, potem, po czasie - konsekrowany krwią ofiar ukraiński Majdan, staje się monachijską piwiarnią, gdzie tuż obok poważnych polityków na stół wskakują nieobliczalni szaleńcy, rządni przelewu krwi dla przywrócenia półmitycznego satus quo.
I wtedy poczułem się, jakbym oglądał siebie z drugiej strony lustra. Czy tak mogą wyglądac z zewnątrz nasze sprawy? Czy tak wyglądała z zewnątrz tamta zagryziona naszym i waszym wysiłkiem koalicja, czy tak może wyglądac z zewnątrz ciągnięte za uszy "palenie tęczy", i "wozów TVN-u", rozdmuchane do nieprzytomności "kibolskie zagrożenie" i "bitwy o squot"? Czy wypowiedź aktywisty jakiejś nie znanej dotąd grupy jest faktem prasowym, listem śląskich cwaniaczków o nie celowanie w nich rakietami, czy puszczonym na próbę balonem - sondą?
Stanąłem przed największym problemem całej ukraińskiej układanki: czy w Kijowie mamy do czynienia z Bierputschem realnym, czy medialnym. Czy niewcześni radykałowie są wynajęci do skompromitowania alternatywy, rodzącej się na Wschodzie, czy do odwalenia czarnej roboty dla zakonspirowanego, a dobrze dzianego szwagra. Na przykład, zajęcia czymś tych desperatów z Polski B, w czasie zasysania zasymilowanych kosmopolitów z Polski A. Nie mówię o zajęciu dla rąk.
Bo przecież najmniej ważni są ryczący po piwiarniach radykałowie, ważne jest, kto i do czego ich sponsoruje. Przecież prawdziwym nieszczęściem dla Niemiec (i sąsiadów) nie był bawarski pucz z 1923 roku, a demokratyczne wybory z roku 1933.
Tak czy tak, to całe 10 lat.
Nie gorączkujmy się.
Uczucia nie są najlepszym doradcą. Zwłaszcza dla tłumu.
W końcu, nie po to świat oplata gęsto tkana, półprzejrzysta tkanina mediów państwowych, prywatnych i obywatelskich, żeby szary, jak ja kmiotek, wiedział co jest grane.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)