Stało się.
Przed pójściem spać niepotrzebnie zajrzałem do „Salonu” i przypadkiem natknąłem się na blog rekontry (http://rekontra.salon24.pl/), który podbudowany artykułem w „Rzepie” (http://www.rp.pl/artykul/367663_Premier_woli_pilke_nozna_.html) napisał niejednoznaczny tekst w obronie państwowych dotacji dla „pięknoduchów”, którzy są przekonani o wyższości kultury wyższej nad wszelkimi innymi rozrywakmi i wieloma innymi potrzebami człowieka. Co gorsza mają chyba bardzo wysokie mniemanie o sobie. Sprowadza się ono bowiem do przekonania o możliwości rozpoznawania nieuświadomionych ludzkich potrzeb. Wyraził to m.in. jeden z delegatów kongresu kultury, niejaki Michał Zadara (którego wystąpienie wielokrotnie przerywano oklaskam)tymi słowami:
„Cięcia budżetowe w kulturze odbywają się w czasie, kiedy premier Tusk ogłasza z dumą, że Polska jest jedynym europejskim krajem z przyrostem gospodarczym. To znaczy, że są pieniądze. Powiem gdzie. W Stadionie Narodowym. Bo premiera nie interesuje kultura tylko piłka nożna. Czy widzieliście państwo premiera w teatrze albo w filharmonii? Nie. Ale widzicie, jak gra w piłkę”
Można by zbyć tego dziwnego osobnika, który pewnie załatwił sobie zwolnienie na lekcje WFu jednym prostym zdaniem:
„Premier ma teatr i filharmonie w dalekim poważaniu bo milion wydany na operę, spektakl czy ambitny film, który obejrzy kilkanaście osób to ten sam milion za który można wybudować kilka boisk piłkarskich, na których setki dzieciaków będzie mogło grać przez ładnych parę lat”
Rozumiem jednak, że dla wytrawnych salonowców może to nie być satysfakcjonująca odpowiedź, a dla liberałów to już w szczególności. Niby po co dawać pieniądze na coś co może wybudować „prywaciarz”? (Tutaj możemy się spierać, jednak z dwojga złego wolę nowe boisko niż kolejną ekranizację szkolnej lektury)
Dlatego spróbuję nieco szerzej uzasadnić swoje stanowisko.
Jeżeli „kultura wysoka” (czyt. niszowa) jest kierowana do elity to wielkość jej podaży powinna być dostosowana do zapotrzebowania na nią. Problem w tym, że jak widać, ambitnych artystów mamy zbyt wielu żeby każdy z nich mógł na warunkach rynkowych utrzymywać się z zaspokajania potrzeb tej wąskiej elity.
Jest już późno i nie mam głowy do teoretycznego myślenia, więc weźmy szybko jakiś typowy przykład.
Załóżmy, że młody ambitny reżyser pisze scenariusz ambitnego filmu moralnego niepokoju z tematem międzywojennej historii w tle. Film ma kreślić psychologiczny portret Marszałka Piłsudskiego i jego moralne rozterki dotyczące zamachu majowego (żadnej akcji, sama gadanina i narracja). Problem w tym, że do producentów trafiło kilkadziesiąt innych scenariuszy nudnych filmów dla elity i niema ekonomicznego sensu realizować kilku bo nie da się na nich zarobić (czyt. nie ma zapotrzebowania na więcej). Producent wybiera więc kolejny film równie nudnego (ale sprawdzonego) Zanussiego, a reszcie składa podziękowania. Młody twórca jest rozgoryczony, bo nie dostał szansy zrealizowania swojego opus magnum i ma żal do świata (czyt. rządu) że nie dał pieniędzy na jego ambitną produkcję. Środowisko artystyczne jest zniesmaczone taką postawą nomenklatury i jej materialistycznym podejściem do polityki, która powinna wg nich „kreować” popyt na kulturę wyższą (co się wykłada jako dawanie dotacji albo zganianie uczniów na przymusowe seanse do kina).
W tych okolicznościach pojawia się pytanie kierowane do Pana Zadara, a także całej reszty jemu podobnych lewicowych i prawicowych totalniaków kreujących się na forpoczty umacniania kulturowej tożsamości naszego narodu.
Czy uważa się Pan/Pani za kogoś bardziej wartościowego niż np. śmieciarz, szewc, murarz, prawnik, lekarz, profesor czy informatyk?
Jeżeli nie to proponuję wycofać się rakiem ze swoich roszczeń i prowadzić życie jak na prawdziwego artystę przystało: żyć w ascezie, żebrać, kombinować i waletować po przyjaciołach czy rodzinie jeżeli uprawiana "wyjątkowa" działalność nie ma odbiorców i nie dostarcza źródeł utrzymania. Czyż nie tak postępuje prawdziwy artysta?
Zdaje się że w sztuce nie chodzi o pieniądze tylko o "zrealizowanie" samego siebie. Oj przepraszam, zapomniałem że państwo jesteście artystami II generacji i pragniecie poprzez siebie dać szansę "realizacji" całemu społeczeństwu (choćby pod przymusem).
Jeżeli tak to mam kolejne pytanie.
Czym różni się Pan/Pani od śmieciarza który żyje w czystym mieście i nie ma zapotrzebowania na jego usługi albo od lekarza który ma pomysł na przeszczepieniem ludziom skrzeli ale nikt nie chce sfinansować wstępnych badać czy też szalonego profesora astrofizyki który ma pomysł na stworzenie supernowoczesnego (ale taniego!) teleskopu dzięki któremu także prosty lud będzie się mógł zachwycać pięknem wszechświata ale rząd nie przyznał mu dotacji ? (Większość z nich także ma wizję, przekonanie o własnej wyjątkowości, wyższe cele i pomysły na zaspokajanie potrzeb których nie ma.)
Dlaczego państwo powinno zabierać (pod przymusem opatrzonym sankcją karnoskarbową!) obywatelom pieniądze i dawać je właśnie Panu/Pani a nie im ?
Przyznam się że tu jest pewnien haczyk, bo nie ma ma dobrej odpowiedzi. Każda jej próba będzie dowodem przekonania o własnym mesjanizmie albo przyznaniem się do quasi rasistowskich poglądów. Niestety niektórzy ludzie uważaj, że ich działalność zasługuje na wyższy szacunek, a wyimaginowane społeczne potrzeby, które chcą zaspokoić stoją wyżej niż potrzeby społeczne zaspokajane przez pozostałych. Innymi słowy ci „wizjonerzy” wiedzą lepiej co jest pożyteczne dla ludzi od nich samych.
Prawda jest taka, że zysk jest nie tylko wyrazem materialistycznego wymiaru ludzkich działań, ale także jest wskazówką indywidualnych potrzeb poszczególnych osób i społeczeństwa jako całości. Jeżeli ktoś wierzy, że wolność (czyt. godność) jest najważniejszym atrybutem człowieka no nie może twierdzić, że należy pod przymusem zabierać jednym by dawać drugim. Ludzie sami decydują, komu, co i ile będą dawać. Jeżeli wolą iść do kina na „Shreka” albo kupić w kiosku ruchu pornola, zamiast chodzić do teatru czy na „ambitne kino” to mają do tego prawo bo to oni decydują o swoim życiu i wiedzą co jest dla nich najlepsze.
Wkraczanie państwa do finansowania „dzieł”, które nie są zyskowne (ergo: ludzie ich nie potrzebują) prowadzi do marnotrawienia ludzkich zasobów poprzez realizację urojonych „potrzeb społeczeństwa”. Co więcej zabieranie (za pomocą podatków) pieniędzy na „kulturę wyższą” uniemożliwia ludziom realizację potrzeb, na którą z tego powodu zabraknie im pieniędzy.
Mam więc trzy rady do tych wszystkich artystycznych totalniaków, którzy chcą promować kulturę wyższą pod przymusem z pieniędzy podatników którzy w normalnych (dzikowolnorynkowych) warunkach nie dali by na nią grosza:
1. Jeżeli wasze „ambitne dzieła” nie znajdują realizatorów albo nie przynoszą zysków to dlatego, że nikt (tym samym także was) ich nie potrzebuje
2. Jeżeli uważacie, że oprócz wąskiej elity również prosty lud powinien mieć możliwość otarcia się o wasz geniusz by uświadomić sobie potrzeby wyższe to znajdźcie sponsora, który wspomoże wasz projekt z przyczyn patriotycznych albo takiego który zrobi to bo z analizy rynku (i badań próby) wyjdzie mu że 20% procent prostego ludu po obejrzeniu waszych dzieł stanie się wysublimowanymi koneserami niszowych dzieł dzięki czemu zarobi na tym krocie
3. Jeżeli natomiast nadal podtrzymujecie, że podatnicy powinni was sponsorować bo uważacie się za lepszych od innych grup zawodowych i znacie potrzeby ludzi dużo lepiej niż oni sami to powieście sobie w swoich artystycznych warsztatach portrety ojców waszych poglądów: Marksa, Engelsa Lenina i ich spadkobierców, którzy również mieli przekonanie o swojej wyjątkowości i zdolności do rozpoznawania (czyt. hierarchizowania) ludzkich potrzeb
PS. Trzeba dodać, że „ambitni twórcy” nie są jedyną grupą przekonaną o swojej wyjątkowości z której bezpośrednio wynika konieczność państwowych dopłatAkurat oni są teraz najgłośniejsi. Poza tym jak wskazuje piramida Masłowa potrzeby, które oni chcą zaspokajać kwalifikują się do dotacji w ostatniej kolejności.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)