Co się stanie, jeśli zaaplikujecie o pożyczkę online w dużym, brytyjskim banku i zostaniecie odrzuceni z powodu smutnej historii kredytowej? Otóż, już następnego dnia rano, zadzwoni telefon i zupełnie nieznana wam firma zaproponuje kolejno: pożyczkę typu „payday”, ubezpieczenie domu i wszelkich cennych ruchomości, laserową operację zmęczonych oczu, pomoc w zarządzaniu długami oraz uzyskanie odszkodowania za wypadek samochodowy, w którym nigdy nie braliście udziału. Będzie to pierwszy telefon z niekończącej się serii.
Wycieki danych osobowych klientów z baz danych rozmaitych firm to temat chodliwy i niezmiennie popularny w mediach. Mówi się o pokątnym handlu danymi za sprawą nieuczciwych pracowników biur, którzy chcą sobie drobić po godzinach. To oczywiście sytuacje wirtualne dla przeciętnego śmiertelnika, bo w grę wchodzą przecież anonimowi handlarze informacjami i równie anonimowe ofiary. A oto trochę inne spojrzenie na problem. Spojrzenie ze strony człowieka, którego imię i nazwisko właśnie poszły w obieg. Oto historyjka, która stanowi mały element układanki w temacie:
jakimi drogami chadza twoja tożsamość, kiedy nie wiesz gdzie ona jest?
System naczyń połączonych
Romek, polski imigrant mieszkający w południowo – zachodniej Anglii, znalazł się, swego czasu, w patowej sytuacji finansowej i na gwałt potrzebował zastrzyku gotówki. Wyszukał w sieci listę brytyjskich banków, które w ocenie klientów, były najbardziej rzetelnymi pożyczkodawcami. Wszedł na stronę internetową banku, zaaplikował i niestety odmówiono mu pożyczki. I wtedy zaczął się cyrk.
- Minął dzień i telefon zadzwonił po raz pierwszy. Jakiś facet z firmy specjalizującej się w zarządzaniu długami zaproponował mi pomoc. Szybko, niczym karabin maszynowy, wyrzucał z siebie wyrazy współczucia i ubolewania nad stanem moich finansów i zapewniał z żarem, że tylko on jeden może mnie skutecznie zbawić. Po wstępnej indoktrynacji połączył mnie z kolegą z innego działu. Kolega był równie współczujący acz bardziej konkretny. Zaczął zadawać szczegółowe pytania dotyczącej mojej sytuacji materialnej i zawodowej. Odłożyłem słuchawkę czując, że to jakiś kant. Telefon zadzwonił ponownie parę chwil później. I znów jakiś chłop o głosie nasączonym empatią zaproponował mi „debt management”. Oczywiście za opłatą. Tego samego dnia otrzymałem jeszcze kilkanaście smsów od firm udzielających pożyczki typu „payday”. O żadnej z tych firm nigdy wcześniej nie słyszałem-ale oni o mnie najwidoczniej tak. Zaczęły się radosne dni. Telefon zaczynał dzwonić już o godzinie ósmej rano: najbardziej nachalni byli pracownicy firm od zarządzania długami. Najwidoczniej grzeczne „nie” klienta nie mieściło się w słowniku ich pojęć. Rekordzista dzwonił do mnie kilkanaście razy w ciągu dwóch godzin a gdy wyłączyłem w końcu telefon, próbował ponownie szczęścia wieczorem. Wraz ze zwyczajową porcją kilkunastu telefonów dziennie otrzymywałem też kilkanaście smsów na dobę. Stało się to na tyle uciążliwe, że nie mogłem normalnie funkcjonować np. będąc w pracy. Bo, gdy nie reagowałem na smsy i nie odbierałem połączeń na „komórkę”, to telefoniczni handlarze złudzeń i zbawiciele finansowi dzwonili na numer stacjonarny mojego pracodawcy.
Kogo informują banki?
- Po pewnym czasie odkryłem ze zdumieniem, ze zmienia się nieco profil firm zainteresowanych mną i moim pustym portfelem. Otóż, odezwały się kolejno i radośnie: ubezpieczenia na życie, zakłady optyczne (sic!) i zawodowcy, którzy chętnie odzyskają moje PPI. A ostatnio też kancelarie prawnicze zajmujące się odszkodowaniami powypadkowymi. Dzwoni jakaś babka i zaczyna w ten deseń: „Posiadamy informacje o tym, że był pan uczestnikiem wypadku w ruchu drogowym”. Na moją ripostę, że nigdy nie byłem, babeczka przeprasza i zapewnia, że moje dane będą usunięte z systemu. A po pięciu minutach dzwoni już jakiś facet i zaczyna, jak gdyby nigdy nic: „Wiadomo nam, że spowodował pan wypadek w ruchu drogowym”. Jasnym było, że po iluś tam tego typu zagajeniach zacząłem reagować nerwowo na jakikolwiek dźwięk w słuchawce. „Proszę na mnie nie krzyczeć!” oburzyła się któregoś dnia telefoniczna specjalistka od nagabywania ludzi, gdy po, piątym tego popołudnia, telefonie od „paydaya” wyszedłem, po prostu i po ludzku, z ram kurtuazji. Powtarzał się ten sam schemat: dzwoniący, po moim stanowczym proteście i prośbie o pozostawienie mnie w stanie błogiego spokoju, obiecywali, że usuną moje dane z „systemu” i nie będą mnie więcej niepokoić. Po czym, następnego dnia, jakiś nowy bałwan z dokładnie tej samej firmy, dzwonił ponownie!! Wychodzi, więc na to, że ów tajemny „system”, w którym figurują moje dane to jakiś cholerny matrix, który nie podlega niczyjej władzy ani niczyjej kontroli. I temu właśnie „systemowi” sprzedał mnie bank, w którym ubiegałem się o pożyczkę. Cały ten idiotyzm telefoniczno – smsowy zaczął się w czerwcu ubiegłego roku i po 11 miesiącach trwa dalej w najlepsze!!
Jak działa „system”?
- Niektóre próby naciągania mnie na pieniądze były wręcz kuriozalne. Pewnego wieczoru, gdy byłem w pracy, na firmowy telefon stacjonarny zadzwonił gość, którego określiłbym, zgadując po akcencie, jako Afroamerykanina. Znał moje imię i nazwisko, poprosił o rozmowę ze mną i z biegu zasunął mi taką mowę:
„Proszę natychmiast o dokonanie wpłaty w wysokości takiej to a takiej. W przeciwnym razie będziemy zmuszeni skierować sprawę do sądu. Czy może mi pan podać telefonicznie dane pańskiej karty?”
- Zatkało mnie ze zdziwienia na taką bezczelność. Zacząłem drążyć szczegóły, ale facet nie potrafił określić, co to za sąd ani za co mam płacić. Powtarzał tylko jak mantrę, że trzeba dokonać wpłaty telefonicznie i to najlepiej natychmiast. Otrzymywałem też podejrzane telefony od ludzi, którzy podawali się za doradców pracujących w Citizen Bureau of Advice.
- Będąc przy głosie chciałem też przestrzec rodaków przed firmami oferującymi pożyczki bez tzw. sprawdzania historii kredytowej. Bo to cwaniactwo, które wyciąga ostatnią kasę od i tak już utopionych finansowo. Przykład: aplikujesz w sieci i po kilku sekundach ekran miga radośnie - otrzymałeś pożyczkę! Jedyne, co trzeba zrobić to wpłacić 80 funtów na konto pośrednika a ten umożliwi ci kontakt z pożyczkodawcą. Faktycznie: wpłacasz a pożyczkodawca odzywa się niemal natychmiast. Tyle, że jest jeden haczyk – by otrzymać pieniądze musisz znaleźć poręczyciela, który posiada na własność dom w Wielkiej Brytanii… A to jest trudne i często niemożliwe. W praktyce kończy się tak: tracisz 80 funtów, bo nie byłeś świadomy dodatkowego warunku, czyli podpisu poręczyciela. Teoretycznie wszystko wygląda jednak cacy, bo przecież pożyczkodawca skontaktował się z tobą. Tyle, że pośrednik, który ułatwił ci to zadanie zataił przed tobą istotną informację… W ten sposób, w Wielkiej Brytanii, operuje m.in. jeden z największych pożyczkodawców bez tzw. credit check; okryta złą sławą firma i negatywny bohater artykułów prasowych w wyspiarskich mediach.
Mimo nerwowych przejść Romek zdołał jednak osiągnąć swój happy ending.
- Dzięki pomocy mojej ukochanej kobietki wyplątałem się z kłopotów finansowych. Ale uporczywy marketing różnych firm trwa nadal. Pardon, zdefiniujmy poprawnie pojęcie: biorąc po uwagę częstotliwość i upierdliwość tych kontaktów to nie książkowy marketing, ale klasyczne i sadystyczne wręcz dręczenie człowieka. To jakaś kretyńska strategia obliczona na wykończenie a nie na pozyskanie klienta. Pozostaję mi tylko jedno, ostateczne rozwiązanie, przed którym dotychczas się wzdragałem ze względów towarzyskich: zmieniam numer telefonu!!



Komentarze
Pokaż komentarze