Nie wyrokując, jakimi rodzicami są państwo Klaman i czy ich nastoletnia córka faktycznie była przeciążona domowymi obowiązkami, czy też "przegięła" w ocenie zachowania rodziców, tak wyjątkowo szybkie postępowanie polskiego sądu rodzinnego akurat w tej sprawie tylko udowadnia, iż mamy nieprzewidywalne sądownictwo. Mianownikiem wspólnym jest jednak dążenie do "pozbywania się problemu". W tym przypadku dzieci znalazły się poza granicami Polski i "w razie co" nie będą już obciążały naszych instytucji.
Polski sąd zawierzył "szwedzkiemu oku" i nie dał rodzicom żadnej szansy na ewentualną pracę nad korektą postaw wychowawczych, jeśli byłaby taka potrzeba. Trzeba podkreślić, że w tej sytuacji nie są znane żadne okoliczności wskazujące na zagrożenie zdrowia fizycznego dzieci.
Ten sam system sądów rodzinnych miesiącami (a nawet latami) biernie przygląda się, jak tysiące dzieci w Polsce są izolowane przez jednego z rodziców od drugiego rodzica na podstawie niepotwierdzonych zarzutów (czyli pomówień) wobec drugiego rodzica - "tak na wszelki wypadek." Niektóre powody brzmią absurdalnie, chociaż tak są formułowane naprawdę; na przykład "Ubiera się dziwnie i dziecko wstydzi się", "Bardzo rzadko się uśmiecha", "Zmuszał/a dziecko do jedzenia jabłek". Słysząc takie argumenty wśród zarzutów ze strony jednego rodzica wobec drugiego, każdy logiczny człowiek wie, iż nie powinny być podstawą do ograniczania dziecku kontaktu z matką lub ojcem. Jednak część naszych sędziów rozpoznaje takie sprawy przez kilka lat. W tym czasie naturalne, rzeczywiste więzi rozpadają się i trudno je odbudować. Co więcej, rodzic - kłamca (który w sądzie opowiadał bzdury) nie ponosi żadnych konsekwencji. Sprawa rozchodzi się "po kościach"; oczywiście wyłącznie pozornie (szkody - zwłaszcza dla dzieci - nie do nadrobienia). Lecz przecież sąd nie podjął żadnych egzekwowalnych decyzji, czekał na samoistne "pozbycie się problemu".
Wielu Czytelników myśli, że to jakieś rzadkie ewenementy. Jednak stanowią szacunkowo około kilkudziesięciu procent ogółu spraw rodzinnych i na ich przewlekłości opiera się rozwój systemu (w tym zatrudnienia). Jeśli nasze sądownictwo rodzinne stoi na absurdach, to faktycznie jest skandalem.
Gdy do tego dołożymy sposób traktowania nieletnich, którzy po przyłapaniu na kradzieżach, wandalizmie czy bójkach otrzymują enigmatyczny nadzór kuratora, zamiast zobowiązania do bezpośredniego naprawienia szkód albo wykonywania innych konkretnych prac społecznych, zobaczymy jeszcze wyraźniej absurd i skandal polskiego sądownictwa.
Szkoda że nie jest to tylko żaden film, lecz system, który ma wpływ na aktualne życie i przyszłość konkretnych ludzi. Jeżeli funkcjonuje w Polsce długie lata i ma się całkiem dobrze, to znaczy, iż cieszy się przyzwoleniem. Czy zatem można znaleźć lepsze określenie niż Bosakowe "burdel prawny"?
Rafał Osiński
Jak działają sądy rodzinne? Więcej w podcaście na You Tube: https://www.youtube.com/watch?v=yIUPRgdSNq8




Komentarze
Pokaż komentarze (4)