100 tysięcy dolarów za ucho prezydenta. Jak biznesowa impreza w Nowym Jorku odsłoniła kulisy otoczenia Karola Nawrockiego
Afera wokół nowojorskiego szczytu gospodarczego Polish-American Economic Summit to prawdopodobnie jeden z największych skandali wizerunkowych obecnej prezydentury. Z ustaleń radia ZET i „Newsweeka” wyłania się obraz, który po prostu nie mieści się w standardach demokratycznego państwa. Oficjalnie wysoki urzędnik państwowy zaprasza firmy na prestiżowy kongres w USA. Nieoficjalnie – prywatna fundacja rozsyła cennik, w którym najdroższą pozycją i głównym „towarem” jest sam prezydent Karol Nawrocki. Żeby zrozumieć, jak w ogóle mogło dojść do czegoś takiego, trzeba najpierw przyjrzeć się ludziom, którzy pociągają za sznurki w tej historii.
Pajęczyna powiązań. Kto stoi za fundacją CSR?
Za oficjalnym szyldem Fundacji Centrum Strategii Rozwojowych (CSR) kryje się zamknięty układ personalny. Choć formalnym prezesem zarządu w dokumentach jest Paweł Ernst, to faktycznym „mózgiem” i organizatorem całości pozostaje przewodniczący rady fundacji, Marcin Chludziński – były prezes KGHM z nadania ekipy Mateusza Morawieckiego. Co najważniejsze, Chludziński łączy kierowanie tą prywatną fundacją z zasiadaniem w oficjalnej Radzie Gospodarczej przy prezydencie Nawrockim. Mamy więc doradcę głowy państwa, który za dnia podpowiada prezydentowi w Pałacu, a wieczorem organizuje płatną imprezę, na której tym prezydentem handluje.
W radzie fundacji zasiada też Błażej Spychalski, były rzecznik Andrzeja Dudy, na którym ciążą prokuratorskie zarzuty w aferze Collegium Humanum (według śledczych miał obiecywać załatwianie państwowych odznaczeń i miejsc w prezydenckich radach).
Najważniejszym elementem układanki jest jednak człowiek wewnątrz Pałacu – Karol Rabenda, minister w Kancelarii Prezydenta i prywatnie bliski kolega Nawrockiego jeszcze z czasów studenckich. To właśnie minister Rabenda wysyłał zaproszenia do firm z oficjalnych, państwowych adresów mailowych, działając de facto jako darmowy naganiacz dla prywatnego biznesu swoich politycznych znajomych.
Amerykański model w najgorszym wydaniu
Obrona prezydenta próbuje dziś przekonywać opinię publiczną, że płatne pakiety sponsorskie na międzynarodowych konferencjach to „normalna praktyka na Zachodzie”. To ordynarna manipulacja. Podobny system – oparty na jawnym monetyzowaniu politycznych wpływów – doprowadził do perfekcji Donald Trump. Biznesmeni i lobbyści z całego świata płacą gigantyczne pieniądze za wejście do jego posiadłości Mar-a-Lago, ale robią to z czystej kalkulacji, bo ta inwestycja po prostu im się opłaca.
W amerykańskich realiach korporacje kupują w ten sposób informacje z pierwszej ręki. Podczas prywatnej, nieoficjalnej kolacji dowiadują się o planowanych cłach, podatkach czy wielkich kontraktach zbrojeniowych na długo przed ich ogłoszeniem. Zanim prawo wejdzie w życie, oni już wiedzą, jak na nim zarobić. Przenoszenie takich standardów na polski grunt, gdzie prezydent dysponuje potężną bronią w postaci weta, to prosta droga do oligarchii w państwie, w którym o kształcie przepisów decydują najbogatsi.
Cennik na stole. Ile kosztuje prywatna audiencja?
Sam mechanizm sprzedaży dostępu do prezydenta poraża bezpośredniością. Fundacja CSR rozsyłała do wielkich firm i zagranicznych koncernów ofertę ze sztywnym cennikiem [zero.pl]. Do wyboru były trzy poziomy „wsparcia”:
Pakiet Platinum (100 tysięcy dolarów, czyli około 400 tysięcy złotych): Z relacji informatorów z kręgów biznesowych wynika, że ta astronomiczna kwota miała gwarantować prywatną rozmowę w cztery oczy z Karolem Nawrockim [zero.pl, gxmxb1p].
Pakiet Gold (50 tysięcy dolarów): Dawał możliwość wejścia do bardzo wąskiego, elitarnego grona, w którym poruszał się prezydent.
Pakiet Silver (25 tysięcy dolarów): Zapewniał wstęp do strefy VIP, gdzie można było spróbować „złapać” prezydenta w kuluarach podczas przerwy.
Przedsiębiorcy, do których trafiła ta oferta, mówią wprost o mało wyrafinowanym podejściu organizatorów. Przekaz był klarowny: robisz przelew – rozmawiasz z prezydentem. Nie płacisz – możesz co najwyżej popatrzeć na niego z końca sali.
Tłumaczenia Pałacu po prostu nie trzymają się kupy
Kancelaria Prezydenta natychmiast uruchomiła linię obrony, twierdząc, że cała sprawa to „bzdura i nagonka”, a Karol Nawrocki nie miał pojęcia o żadnych cennikach i nigdy nie uzależniał swoich spotkań od pieniędzy. Ta narracja błyskawicznie rozpada się jednak w zderzeniu z faktami.
Okazało się bowiem, że oficjalne zaproszenia na nowojorski szczyt wychodziły bezpośrednio z adresów mailowych Kancelarii Prezydenta RP [zero.pl]. Podpisywał się pod nimi wspomniany minister Karol Rabenda. Minister zapraszał prezesów firm, a w kwestiach organizacyjnych wprost odsyłał ich do kontaktu z Fundacją CSR. Bajki o tym, że urzędnicy prezydenta pracowali jako darmowi naganiacze dla prywatnej fundacji i nie wiedzieli, czym ona handluje, trudno traktować poważnie.
Cień podejrzeń nad prezydenckim wetem
Najbardziej destrukcyjny aspekt tej afery wykracza jednak daleko poza hotelowe kuluary w Nowym Jorku. Cała ta sytuacja rzuca potężny cień na codzienne decyzje legislacyjne podejmowane w Warszawie. W ciągu ostatnich miesięcy Karol Nawrocki zablokował przecież szereg kluczowych ustaw gospodarczych i regulacyjnych.
Dziś opinia publiczna ma pełne prawo pytać: czy te weta były wynikiem rzetelnych analiz, czy może efektem skutecznego, opłaconego lobbingu? Skoro prywatna fundacja powiązana z obozem władzy potrafiła wycenić krótką rozmowę z prezydentem na 100 tysięcy dolarów [zero.pl, gxmxb1p], to skąd pewność, że inne decyzje urzędu nie zapadały pod wpływem hojnych sponsorów, którzy wsparli odpowiednie organizacje? Brak jawności w tej materii demoluje resztki zaufania do procesu tworzenia prawa.
Realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa
Dopuszczenie do sytuacji, w której dostęp do głowy państwa staje się towarem, niesie za sobą potężne ryzyko dla kraju. I to z kilku powodów:
- Interes publiczny idzie w odstawkę: Dostęp do najważniejszej osoby w państwie nie może zależeć od zasobności portfela. Jeśli o tym, kto rozmawia z prezydentem, decyduje wielkość przelewu, interes zwykłych obywateli przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
- Prezent dla obcych służb i lobbystów: Dla międzynarodowych korporacji czy zagranicznych grup interesu kwota 100 tysięcy dolarów to niezauważalny wydatek budżetowe. Kupując pakiet Platinum, obcy lobbyści zyskują niekontrolowany dostęp do polskiego prezydenta na zagranicznym wyjeździe – całkowicie poza radarem i nadzorem polskich służb kontrwywiadowczych.
- Kompromitacja na arenie międzynarodowej: Robienie z obecności głowy państwa płatnej atrakcji komercyjnej degraduje Polskę na świecie. Zaczynamy przypominać republikę bananową, w której za odpowiednią opłatą można załatwić prywatną audiencję u prezydenta na boku, w przerwie sesji ONZ.
Ta sprawa nie może rozbić się o zwykłe medialne pyskówki. Wymaga natychmiastowego i transparentnego śledztwa prokuratury. Trzeba precyzyjnie prześwietlić wszystkie przepływy finansowe fundacji i wyjaśnić, jak to możliwe, że Kancelaria Prezydenta stała się faktycznym biurem handlowym dla grupy politycznych znajomych.


Komentarze
Pokaż komentarze (69)