Podczas gdy stado obiektywnych, niezależnych, miłujących prawdę dziennikarzy i publicystów przez najbliższe dwa tygodnie gardłować będzie nad nikczemnością Jarosława Kaczyńskiego, nad niegodziwością jego i mściwością, my maluczcy zastanówmy się o co mu chodzi.
Najpierw przesłanki tezy.
Miłościwie panujący nam Donald tak wszechstronnie się już usadowił w fotelu władcy, że każdy trzeźwy przywódca opozycji skłóconej z obozem Donalda na śmierć i życie, dmuchałby na zimne i rozglądał się na lewo i prawo. Zwłaszcza znając temperament Donalda, jego wielkomyślność i klasę oraz realia krajowej sceny politycznej, na której tańce odbywają się w rytm akompaniamentu ABW czy innej "firmy", co jest charakterystyczne dla rozwiniętych, dojrzałych demokracji Zachodu, do których Polska pod rządami Donalda doszlusowuje w szybkim tempie. Najdojrzalszą demokracją Zachodu jest Rosja z premierem Władymirem Putinem, najserdeczniejszym ostatnio przylacielem Polski. Frakcyjność, ukochany temat "życzliwych" PiSowi, idealnie się nadaje do rozwalenia rywala o czym Kaczyński przekonał się już w czasach PC.
Druga sprawa (a raczej pierwsza, nadrzędna) to Smoleńsk 10/4. Co frakcyjny, otwarty na dialog, pozytywny i uśmiechnięty PiS mógłby w obecnej sytuacji, zwłaszcza w mediach, zrobić dla przywrócenia choćby elementarnej przyzwoitości w postrzeganiu tego wydarzenia?! Jak niby miałby wpływać na rządowych ignorantów, którzy w dowód pamięci o polskim prezydencie mają do zaoferowania tabliczkę pamiątkową w toalecie na II piętrze Pałacu Namiestnikowskiego, na lewo od schodów i potem w prawo? Nic by taki PiS nie zdziałał i Kaczyński dobrze o tym wie. A Smoleńsk to nie tylko sprawa osobista Jarosława. To jest termometr naszego prestiżu.
Gęba PiS - tępi siepacze pod wodzą ogarniętego szałem nienawiści Kaczyńskiego. Ciężko tę gębę będzie odkleić, Jarosław, procz kampanii prezydenckiej, nie starał się nawet zbytnio. Zjawisko weszło w popkulturę i rzecz jest właściwie nie do wygrania.
Przechodzimy do tezy.
Kaczyński doszedł do wniosku, że nie da rady opanować elektoratu na tyle, by dojść do władzy i to nie władzy z większością 10 posłów po dodaniu warcholskich przystawek. Nie da rady PiS zdobyć sam większości a obecnie zdolność koalicyjną ma zerową. W takim razie trzeba stworzyć koalicjanta, podzielić się władzą... ze samym sobą!
Zawezwał więc Jarosław "liberałów" i przydzielił zadanie specjalne.
- Powyrzucam was niewdziecznie! - rzekł Jarosław - a ty Aśka zrób coś, żeby to wiarygodnie wyglądało, idz do Kublik i nagadaj na mnie. Janek! - zwrócił się do Jana Ołdakowskiego - kiedy wywalę Elkę to okażesz święte oburzenie na piśmie, solidarny będziesz. Dobierze się jakiś klucz, żeby to miało ręce i nogi, np. ludzie z otoczenia Lecha. Migalski i Dorn są już w temacie. Dołączy do was Poncyliusz. Sprawę nadzoruje Lipiński. Barany w mediach będą drzeć szaty i masować swe kaprawe sumienia krzykiem o niegodziwości. "Ale będzie dzyń dzyń". No, odmaszerować!
I tak właśnie w piątek, 5 listopada 2010 Jarosław Kaczyński rozpoczął budowę koalicjanta Prawa i Sprawiedliwości, z którym w perspektywie 6 lat stworzy koalicyjny rząd.
Powstanie ładna, pozytywna prawica, trafią tam sami inteligentni i błyskotliwi ludzie, których wcześniej podły Kaczyński powyrzucał z partii ze względu na ich indywidualność i niezależność. Ponoć jest na takie ugrupowanie straszne zapotrzebowanie, więc nie będzie problemu z 15-20% głosów. Do tego 20-25% PiS (już odjąłem trochę na przelanie na nowe ugrupowanie) i mamy przy pomyślnych wiatrach 45%. Jarek chyba da PiS Ziobrze a sam weźmie stołek Pierwszego.
A jeśliby w międzyczasie wybuchłaby rewolucja, nie potrzeba będzie żadnego koalicjanta a cmokana frakcyjnośc potrzebna byłaby wtedy jak piąte koło u wozu.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)