Ponieważ czasy stają się militarne, swąd katastrofy smoleńskiej miast znikać nasila się i pali gardło powodując rozstrój żołądków co delikatniejszych decydentów, główne postaci dramatu na wszelki wypadek przygotowują linię obrony, ewentualnie modelują swój przekaz wg. zasad panująch wsród kryminalistów wszelkiej maści, od drobnych oszustów do bonzów rozległych mafii.
Pierwszą linię obrony prezentuje ostatnio wszem i wobec minister ON Bogdan Klich. Można byłoby ją nazwać "legalistyczną", ponieważ polega na zabezpieczeniu swych decyzji od strony formalnej. Poniżej minister wyjaśnia to dość jasno:
Monika Olejnik:Prokurator Seremet mówi, że nie wyklucza postawienia zarzutów za to, co się wydarzyło i w tym i ministrów, czy myśli pan, że pan też będzie wzięty pod uwagę.
Bogdan Klich: Nie sądzę, a wręcz jestem przekonany, że nie, bo przecież stosowałem się i stosuję się do prawa i pochodzę, że tak powiem, z krakowskiej tradycji prawnej, gdzie stosowanie się do prawa jest zasadą najważniejszą, jest takim pryncypium, którego nie można złamać. I podejmując dziennie kilkaset decyzji, każda z nich jest przygotowana prawnie. Mój departament prawny, mój radca prawny biega na ostatnich nogach, dlatego że każdą moją decyzję opracowuje od strony prawnej, czy jest zgodna z prawem czy nie jest zgodna z prawem i jak pani redaktor doskonale wie ministra obrony narodowej obowiązuje instrukcja z 2004 r., to porozumienie pomiędzy szefami kancelarii i ówczesnym ministrem obrony, który też oczywiście przechodzi na innych szefów kancelarii i innych ministrów obrony, i który mówi o tym, że minister nie ma upoważnienia do tego, aby w jakikolwiek sposób ingerować w przygotowanie i przeprowadzenie jakiegokolwiek lotu VIP-owskiego. To jest rozsądne rozwiązanie, bo gdyby miał takie upoważnienie, albo takie zobowiązanie to stałby się tak naprawdę zawiadowcą 36 pułku i powinien przenieść się na Okęcie i tam po prostu dystrybuować samoloty.
Mamy tu narrację podsądnego, który tłumaczy, że ch..a może mu wysoki sąd zrobić, ponieważ na wszystko ma piapiery, nie był frajer i zanim palcem w bucie ruszył, wysyłał swoich prawnikó, żeby mu wpierw grunt pod kiwnięcie palcem w bucie przygotowali. Wszelką odpowiedzialność ponoszą inni.
Drugą linię obrony nazwijmy "klasyczną", ponieważ stosowana jest powszechnie przy wszelkich rodzajach wykroczeń. Prawdziwy renesans w życiu publicznym przeżyła w czasach zawirować wokół lustracji. Polega na przyznawaniu racji stronie oskarżającej, czy szerzej: dochodzeniowej, dopiero w sytuacji, kiedy zarzuty są na tyle mocne, że niemożliwym staje się zaprzeczenie im bądz zabełtanie ich w odmętach dezinformacji i przekłamań. Tę linię postępowania prezentuje polski akredytowany przy MAK, płk. Edmund Klich.
Przykładem może być jego relacja odnośnie rozmowy telefonicznej z Morozowem zaraz po katastrofie, podczas której, zaproponowano mu przyjęcie... no właśnie: konwencji chicagowskiej, czy załącznika 13? Dotychczas słyszeliśmy, że chodziło o konwencję chicagowska, ale kiedy okazało się, że ruscy jawnie już śmieją się z Polaków i przyznają publicznie, że konwencja nie była podstawą procedowania, płk. Klich zmienił narrację z konwencji na "załącznik 13".
Drugi przykład narracji klasycznej to prognoza pogody. Pojawiła się na jakiś czas wersja, że załoga nie miała prognozy pogody. Jest to argument tak kretyński, że aż trudno go komentować. Być może jakcyś formalni perwersi są w stanie upierać się, że prognozę pogody zna się dopiero wtedy, kiedy jest ona wymalowana na urzędowej bumadze z podpisem odpowiedniej osobistości a nie ściągnięta w ciągu kilku minut z dowolnego serwisu meteo, czy zasłyszana przez radio od pilotów JAKa-40. W każdym razie wersja o tym, że załoga nie wiedziała jaka w Smoleńsku panuje pogoda prawdopodobnie się nie utrzyma, dlatego też płk.Klich śpiewa już z innego klucza, że prawdopodobnie miała, ale wynika to z różnych takich źródeł których on nie bardzo może ujawnić itd. Także żelazna zasada - mówię to, czego już nie da się ukryć, mówię tyle ile muszę dla podtrzymania progowej wiarygodności.
I krótka konkluzja medialnego bełotu, którym jesteśmy zalewani. To czysty fałsz. ŻADNA z podawanych i wałkowanych przyczyn rozbicia Tu-154 nie jest prawdziwa. Jest to kampania dezinformacyjna, która ma na celu odciągnąć opinię publiczną jak najdalej od rzeczywistych przyczyn. Rzeczywiste przyczyny są nie tknięte wrzawą.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)