Dawno dawno temu, w czasach, kiedy byłem młody i pewny siebie, mieliśmy szczęście być poddanymi Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W Pałacu Namiestnikowskim urzędował niezrównany Aleksander Kwaśniewski, premierował nam charyzmatyczny "kanclerz" Leszek Miller, Telewizją Polską rządził Robert Kwiatkowski a zaprzyjaźniony redaktor naczelny Gazety Wyborczej był u szczytu swej kariery.
Było po prostu super. Polskę przyjmowano do struktur europejskich, reprezentacja grała na mistrzostwach świata, Małysz wygrywał konkurs za konkursem, w Warszawie najfajniejszy prezydent miasta jakiego świat widział otwierał Most Siekierkowski, wybudowany na szczęście w poprzek Wisły, a moja piękna żona była jeszcze zjawiskiem tak odległym jak odległy jest pączek w witrynie cukierni dla przechodzącego dziecka. Krótko mówiać, świat wirował w ekstazie i wydawało się, że będzie tylko lepiej.
Mogliśmy cieszyć się i uważać za szczęściarzy. W Telewizji można było obejrzeć programy o patriotycznych motywach oficerów Służby Bezpieczeństwa i dygnitarzy PZPR, dowiedzieć się czyją własnością jest brzuch i kto zamordował 1200 żydów w Jedwabnem. Wiedzieliśmy jaką niebezpieczną grę podejmował Wallenrod Jaruzelski w 1981 roku a o Rosji moja piękna i nieosiągalna przyszła żona wiedziała tyle, że tam właśnie eksportuje przedsiębiorstwo Galtex SA. Któż znał nazwę lotniska w Smoleńsku, kto wówczas myślał, czy tam w ogóle jest lotnisko...
Prawica stanowiła termin encyklopedyczny. Tzw."prawicowi dziennikarze" mogli publikować w zinach odbijanych na powielaczu i kolportowanych w plecakach. Po odesłaniu w niebyt Mariana Krzaklewskiego i zwycięstwie SLD w 2001 roku jedynym zmarwieniem Narodu Polskiego było to czy Leszek Miller podejmie się trudu przewodzenia nam, kiedy okaże się, że Sojusz po raz VII z rzędu wygrał wybory parlamentarne. Redaktor Kwiatkowski (ten niższy rangą, prowadzący program Forum) ustanawiał nowe standardy niezależnego dziennikarstwa.
Patrząc z dziesiejszej perspektywy ówczesna Liga Republikańska wydaje się przedsięwzięciem heroicznym na owe czasy a powstanie i rozwój LPR może być traktowany jak niepojęty ludzkim umysłem paradoks. Czerwone było dosłownie wszystko. Prócz hegemonii politycznej mieliśmy do czynienia z pełną kontrolą świadomości społecznej. Komuna musiała się liczyć chyba tylko z Papieżem.
Niestety nadmiar pomyślności - podobnie jak niedola - może skłaniać do kłótni. W grudniu 2002 roku Adam Michnik poinformował nas o rozmowie z Lwem Rywinem. Publikacja ta i dalsze konsekwencje uważane są za początek końca starego porządku.
Wszystko zaczęło się zmieniać. Okazało się, że nie jest już tak przyjemnie. Ciężko bowiem zachować dobre samopoczucie mając świadomośc, że rządzi nami najzwyklejsza mafia. Obóz lewicy załamywał się pod ciężarem własnej kompromitacji, nie było tygodnia bez nowej afery o rozmiarach trudnych do ogarnięcia przez statystycznego Kowalskiego. Mafia łupiła państwo w biały dzień, a sposób działania rządu i administracji można było okręslić terminem: dryf.
Demony nacjonalizmu zaczęły krążyć nad Polską. W 2005 wynik wyborów był rewelacją, której niewielu się spodziewało. Ja również nie miałem świadomości przełomu, nie miała go moja piękna żona, która przestała od pewnego już czasu być dla mnie abstrakcją. Szczerze mówiąc, niewiele ją to obchodziło. Nadchodził czas zmiany kursu a jednocześnie wielkiego sprzeciwu i mobilizacji przeciw nowemu porządkowi. Szło nowe. Czasem niezdarnie, w sposób nieprzemyślany, niekiedy bez finezji a niekiedy kunktatorsko. To prawda. Przestrzeń publiczna uwolniona spod niepodzielnej władzy SLD/GW wypełniła sie programami, o których dawniej nawet byśmy nie pomyśleli! Jakże inna była świadomośc ludzi zaledwie kilka lat po wybuchu afery Rywina.
W 2007 roku Polska odrzuciła Jarosława Kaczyńskiego i wybrała Donalda Tuska jako - wydawać by się mogło - gwaranta stabilności i pomyślności. Społeczeństwo nie pragnęło powrotu starego porządku, o czym świadczył mizerny wynik SLD i śladowy poklask dla lewicowej retoryki. Ludzie chcieli, by nowy kurs nie miał charakteru wojny. Takie były wówczas oczekiwania Polaków.
Mamy dziś rok 2011. Niespełna dziewięć lat od Afery Rywina, która zapoczątkowała upadek starego porządku. Moja żona ma wciąż młodzieńczy wyraz twarzy, choć rzadziej się uśmiecha. Prezydent Komorowski tym jedynie różni się od Kwaśniewskiego, że mniej pije. Generał Jaruzelski, tak jak dawniej, bywa w Belwederze. W TVP, niczym za czasów Kwiatkowskiego możemy usłyszeć od dr.Pietrzyk-Zieniewicz jakim skandalem było niezaproszenie przez prezydenta Komorowskiego gen.Jaruzelskiego na uroczystość beatyfikacyjną do Watykanu. Bryluje Miller i Oleksy. Pociągi przyjaźni do Moskwy jeżdzą jak dawniej, odsłaniamy pomniki Armii Czerwonej, tej z 1920 roku. Liczymy hektary i pieniądze Kościoła. Przestajemy być pewni czyj jest brzuch.
Kiedy słuchałem wczoraj dr.Zieniewicz, poczułem sie 10 lat młodszy. Taki klimat królował przed aferą Rywina. Gdyby jeszcze można było znów poczuć się jak dziecko przed witryną cukierni, przyjąłbym to.
A tak, jest mi tylko kurewsko przykro. I nic więcej.


Komentarze
Pokaż komentarze