Feministyczny lumpenproletariat
Feministyczny lumpenproletariat
RagingLou RagingLou
512
BLOG

Zmierzch feminizmu

RagingLou RagingLou Polityka Obserwuj notkę 8

 

Agnieszka Kołakowska, komentując w 2000 roku w artykule-polemice z Bożeną Umińską pt. „Brygady Poprawności Politycznej” powstanie w Uniwersytecie Warszawskim wydziału „Gender Studies”, tak oto przepowiadała upadek ruchu feministycznego:

Abstrahując od nieuchronnego błędnego koła, w które notorycznie wpadają wszelkie warianty relatywizmu, ideologia feministyczna zakładająca, że płeć tłumaczy wszystko, okazuje się kryć w sobie zalążki własnego rozpadu. Jeśli bowiem przyjmiemy, że wszystkie dziedziny ludzkich działań, z matematyką i fizyką włącznie, są uwarunkowane nie tylko społecznie i historycznie (co dawno już uświadomiły nam postmodernistyczne „teorie społeczne”, wykładane na rozmaitych innych wydziałach, których nazwa kończy się słowem „studies”), lecz także biologicznie, to znaczy płcią, musimy też przyjąć, że umysł kobiety różni się w sposób zasadniczy od umysłu mężczyzny.

Kilka akapitów dajej:

Są pewne oznaki, że feminizm, przynajmniej w swoich najbardziej radykalnych formach, zaczyna umierać naturalną śmiercią. Powodem może być to, że, zatoczywszy pełne koło, doprowadził do tezy sprzecznej z tą, od której zaczął. Zaczął od dążenia do równości i od oburzenia mizoginistycznym „utożsamieniem kobiety z jej funkcjami rozrodczymi”: sprowadzaniem jej – jak mówi pani Umińska – do „biologicznych i kulturowych cech płci”. Kończy na twierdzeniu , że kobieta przewyższa mężczyznę, ponieważ tymi właśnie cechami jest uwarunkowana. Zaczął od tezy, że między kobetą a mężczyzną nie ma różnicy; kończy na tezie, że różnica taka nie tylko istnieje, lecz jest kluczowa i w podstawowy sposób wpływa na wszystkie nasze działania, naszą wizję świata i nasze rozumowanie. Radykalny feminizm wymiera nie tylko dlatego, że wszystkich już doszczętnie zanudził; wymiera także dlatego, że został doprowadzony do reductio ad absurdum, i niektóre feministki zdały sobie z tego sprawę.

Wynika z powyższego, iż współczsny radykalny feminizm sprzeniewierzył się doszczętnie swoim pierwotnym ideałom. Powstaje więc dwojaka możliwość interpretacji.

Najprościej byłoby powiedzieć, że dzisiejsze sufrażystki poczuły się na tyle silne (albo zgłupiały do tego stopnia), że weszły w koleiny mizoginistycznych fobii i postanowiły promować cenzus płci w mniemaniu, iż w tak sprowokowanej polaryzacji to kobiety będą stroną dominującą. Patrząc na wielkomiejskich, korporacyjnych gejów mentalnych o psychice sześciolatków, wypadałoby zauważyć, że taka strategia nie jest pozbawiona szans powodzenia. Sądzę jednak, że są to majaki na podstawie błędnej oceny całego spektrum stosunków i kondycji współczesnego społeczeństwa.

Można również to zupełne odwrócenie nurtu feminizmu wytłumaczyć na podstawie studiów nad komunizmem – zwornika nowoczesnych ideologii wyrosłych z marksizmu. Jak wiadomo w warstwie deklaratywnej komunizm to wolność, równość, solidarność, sprawiedliwość i pokój a w istocie, czyli w działaniu to masowe mordy, totalitaryzm rządów, skrajna polaryzacja społeczeństwa, selekcja negatywna jako ścieżka awansu, bezprawie, bieda, regres cywilizacyjny, niesprawiedliwość i upadek jakiejkolwiek etyki. Feminizm jest wiekowo na tyle dojrzałym ruchem, że fazę, kiedy warstwa deklaratywna dominowała w powszechnym odbiorze nad rzeczywistą konstrukcją ideologiczną, ma już za sobą. Obecnie ordynarny marksizm kulturowy, rasizm płciowy bez zbędnego pudru i owijania w bawełnę, stanowią koło zamachowe feminizmu.

Co gorsza, tak jak postulaty z czasów ideałów równouprawnienia znajdowały z czasem odzwierciedlenie w systemach prawnych, tak dzisiejsze marksistowskie zwyrodnienie znajduje zastosowanie w prawodawstwie państw Zachodu w postaci parytetów płci. Ideologia umocowana w instytucjach (pełnomocnicy ds. równouprawnienia na szczeblach rządowych) i prawie jest o wiele trudniejsza do zwalczenia niż pokrzykiwania choćby i wpływowego lobby jednak pozbawionego formalnego oparcia.

Uważam, że obie powyższe interpetacje nie dotykają sedna. Jeśli bowiem feminizm ma sczeznąć, nastąpi to nie z powodu podjęcia próby strategicznej rozgrywki o dominację (skazanej na porażkę), nie z powodu wyższej formy walki klas czy przybraniu bardziej jadowitej i niszczącej więzi społeczne formy przez marksizm kulturowy leżący u podstaw ideologii feminizmu, lecz degradację proletariatu feministycznego, tej całej rzeszy nieszczęśliwych kobiet, którym się życie nie powiodło.

Oto bowiem w Torontopojawił się nowy ruch obywatelski, ruch...ździr. Powstał jako sprzeciw wobec wypowiedzi policjanta, który zwrócił uwagę, że ubieranie się jak ździra może prowokować niezbyt przyjemne konsekwencje. Slutwalk („marsz ździr”) zgromadził w Toronto dwa tysiące wojowniczek o swobodę ubioru. Ruch rozwija się globalnie, planowane są marsze w kolejnych metropoliach.

Po zapoznaniu się z nową inicjatywą obywatelską, z miejsca zanurzyłem się w YouTubie w poszukiwaniu filmów nakręconych podczas „slutwalk” z krwistymi, sexownymi babeczkami, przyodzianymi w obcisłe stroje zaprojektowane wyłącznie z myślą, by drażnić zmysły. Efekty youtubowego riserczu okazały się jednak katastrofalne. Zobaczyłem odrażające, koślawe baby wylewające swoją pretensję do całego świata, podstarzałe brzydule wymalowane na chama i tak szkaradnie, że nie dało się za długo oglądać, nie mówiąc o jakiejkolwiek przyjemności wizualnej. Tak z grubsza prezentował się najnowszy aktyw walki o swobode garderoby.

Rzecz nie dotyczy jednak wyłącznie estetyki. Samo uzasadnienie protestu jest bowiem załgane pod niebiosa. Nie sądzę bowiem, by była jakakolwiek inna metodologia ubioru, by cokolwiek innego skupiało uwagę kobiety podczas pindrzenia się, niż chęć drażnienia męskich instynktów, czyli ładnie mówiąc: zwrócenia na siebie uwagi. Mówienie więc o jakichś prawach, o swobodzie i wolności jest więcej niż śmieszne. Kluczowy zaś postulat, by społecznie zaakceptować chęć prowadzenia się jak żdzira nie wymaga chyba komentarza.

Paradowanie po ulicach z żadaniem prawa do... bycia ździrą obrazuje w jakiej kondycji znalazł się dziś feminizm i jego proletariat. Nie ma mowy o tezach artykułu Agnieszki Kołakowskiej. Żadna próba sił nie nastąpi, żadna „wyższa forma” nie ma miejsca. Mamy do czynienia raczej z kompletnym upadkiem i jakimś odrażającym miotaniem się w agonalnych spazmach. Jak bowiem inaczej ziterpretować manifestowanie chęci do uprzedmiotowienia i sprowadzenia swych ambicji nawet nie do „funkcji rozrodczych” bo rozrodczość z proletariackim feminizmem ma niewiele wspólnego, lecz do „funkcji erogennych”?

Umocowanie w instytucjach i prawie może przedłużyć żywota ideologii feministycznej, lecz sił witalnych ma ona raczej niewiele, jeśli w ogóle.

RagingLou
O mnie RagingLou

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Polityka