182 obserwujących
639 notek
1021k odsłon
  931   0

Zostawcie to mediom …

 

Dlaczego w 30 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w telewizji nie było dyskusji historyków? Nie musiała toczyć się na żywo, stan zdrowia i wiek, wiadomo, ale czas jest najwyższy, ostatni. Czy w kolejne rocznice manifestacje będą się odbywały pod oknami żyrantów Jaruzelskiego? W Alejach Przyjaciół i Róż?
 
Ile razy przez te dwadzieścia lat trwania III RP mówiono – „zostawmy to historykom”. Gdy dziennikarz uciekał od oceny przeszłości, bał się wygłosić własny pogląd, powoływał się na osąd historyków. Polityk nabierał wody w usta i mówił „zostawmy to historykom”. A później, coraz częściej nie mówiło się o historykach, a o bezosobowej „historii”. Zostawmy to ocenie historii. Cóż się w międzyczasie wydarzyło?
Jakże można było zostawić przeszłość i pamięć historykom skoro prezes IPN śp. Janusz Kurtyka uważał Jaruzelskiego za zdrajcę? Jakże, gdy Paweł Wieczorkiewicz na głos się zastanawiał, czy Jaruzelski nie jest tzw. matrioszką? Młodszym czytelnikom wyjaśniam. Matrioszki, to byli agenci sowieccy podstawiani do armii Andersa czy Berlinga, zamiana Kowalskiego na podobnego do niego Iwanowa, coś w stylu „legendowania” Hansa Klossa. Przemawia?
Profesor Wieczorkiewicz postulował napisanie historii Polski nie tylko od nowa, ale pytał - kto może być taką matrioszką? „Być może Bierut, a może nawet Jaruzelski. Nic pewnego na ten temat nie wiadomo. Są tylko pewne przesłanki”. „Na zachodzie” nie tylko takie teorie są roztrząsane od wielu lat, i świat się nie wali, nie takie tezy są głoszone i weryfikowane. Już te dwa przykłady świadczą jak niebezpieczne mogłoby być zostawienie przeszłości historykom.
A bezosobowej „historii”? A to tak, to co innego.
„Zostawmy ocenie historii” to tyle, co zostawić jej interpretację pracownikom mediów, a także dyżurnym medialnym autorytetom. Historyków zastąpią Morozowski, Krzywonos, Ciosek, a także Olbrychski. Dlaczego właśnie Olbrychski? Gdyż bardzo sobie ceni znajomość z generałem. Cytuję: „w bardzo dobrych stosunkach jakby osobistych i Michnik i ja z generałem Jaruzelskim jesteśmy i bardzo i bardzo sobie tę znajomość cenimy". W Jaruzelskim dostrzegł Prezesa z „Kordiana” Słowackiego. Czy więc dziwi zauważalna w ostatnich dniach grudniowa erupcja jego wybitności aktorskiej wylewająca się z łamów Wyborczej i nie tylko?
A więc „zostawmy to mediom”.
I tak się dzieje. To pracownicy mediów jedne fakty grzebią, inne powołują do życia, bełtają, a następnie układają puzzle z rozlicznych wypowiedzi swoich „bohaterów”, wzbudzają litość wobec schorowanego starca Jaruzelskiego, a potem sondują telewidzów, i …. udoskonalają swą narrację. I sondują.
I uwaga na marginesie. Czy właśnie, dlatego w mijającym tygodniu, tygodniu okrągłej 30 rocznicy historyków, badaczy wypowiedzenia wojny jaruzelsko-polskiej było jak na lekarstwo w telewizorze? Zamiast dyskusji historyków i świadków historii, media zadysponowały tzw. „ustawki” polityków, czyli zwykłe pyskówki, a także – to wyższa półka - wypowiedzi medialnych celebrytów. Dzisiaj piłkarz Boniek, u jego boku komediantka Szczepkowska, a jutro Krzywonos z Flintą ukształtują opinię publiczną, pod kolejne sondażowe pytanie. Stan wojenny uzasadniony, czy nie?
A w tle, od dwudziestu lat z górą lat krążą wciąż ci sami wirtuozi słowa, mistrzowie kształtowania świadomości telewidzów. Dobór słów, ich układ w zdaniu, powtarzalność, a także kontekst bliższy i dalszy – grymas na twarzy zwykle uśmiechniętej pracownicy mediów jest także tworzeniem kontekstu, użyte synonimy i homonimy, eufemizmy lub pleonazmy czyhają na odbiorcę jak na swoją ofiarę. Opisał to dwadzieścia lat temu w „Sztuce pamięci” Włodzimierz Bolecki.
Czytam, że najbardziej frapujące wyznanie polityka, jakie udało się profesorowi Boleckiemu przeczytać, to „ubolewanie Jaruzelskiego, że nie został zaproszony na posiedzenie komisji sejmowej debatującej nad stanem wojennym, co uniemożliwiło mu pełne naświetlenie wszystkich okoliczności tego, co zrobił w nocy z 12 na 13 grudnia”.
Oryginalny cytat (z 1992 roku) staje się niezbędny:
„Oto człowiek, który przez dziesięć lat w dzień i w nocy, w gazetach, w książkach, w radio i w TV, w Polsce i poza Polską, z pomocą wojska, policji, milionów aktywistów swojej partii i sporej liczby wolontariuszy, z pomocą niezliczonej armii pismaków krajowych i całego obozu („ze Związkiem Radzieckim na czele"), w audycjach porannych i wieczornych, na akademiach i zebraniach, w wywiadach i na konferencjach prasowych, słowem: wszędzie i za pomocą wszystkich dostępnych środków technicznych bez przerwy zajmował się wyjaśnianiem Polakom i całemu światu przyczyn wprowadzenia stanu wojennego, twierdzi nagle, że jeszcze czegoś nie powiedział. Ze jest jeszcze coś, czego przez te trzy i pół tysiąca dni - wyjaśniając nieustannie - nie zdążył wyjaśnić. Że bez tego wyjaśnienia nikt nie będzie mógł zrozumieć, co naprawdę zdarzyło się w Polsce 13 grudnia 1981”.
Ale to było prawie ćwierć wieku temu, a Jaruzelski wciąż wyjaśnia, posiłkując się mediami i ich pracownikami. Gadał przez lat dziesięć komuny, przez następne dwadzieścia lat III RP, ale mimo to chce mieć ostatnie słowo: bo jakżeby bez niego jakieś grono postronnych osób miało oceniać to, co uczynił Polsce 13 grudnia? Krytyk literacki pisze: „Generał, oczywiście, często i chętnie powołuje się na Historię, która sprawiedliwie i obiektywnie oceni jego czyny. Ale Historia to także inni...”
Generał-komunista
Generał-komunista walczył przecież nie tylko zbrojnie o dysponowanie władzą, ale też słownie o dysponowanie sensem: interpretacjami wydarzeń, ocenami idei, prawdami o ludziach, kwalifikacjami faktów etc. Taka była jedna z zasad komunizmu.
Włodzimierz Bolecki na koniec:
„Szczęsny Potocki także argumentował, że walczył nie przeciw Polsce, a o Polskę, nie o bezprawie, lecz o poszanowanie prawa, nie z narodem, lecz o naród, nie o panowanie rosyjskie w Polsce, lecz o suwerenność kraju itd., itp.”.
Szczerze polecam doskonałą publicystykę Boleckiego, ale wracamy do historii. Jaruzelski jest jej źródłem i chętnie usłyszałbym, co ma do powiedzenia, z tym, że w rozmowie z historykiem. Zamiast z osławioną Olejnik z TV prywatnej, czy nie mniej osławionym Lisem z TV publicznej, czy telewizja nie może pokazać jego rozmowy z profesorem historii Andrzejem Paczkowskim, autorem pracy „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983”?
Chociażby i dwugodzinnej, a jeżeli zajdzie potrzeba, niechby i dłuższej. Wielomilionowa oglądalność zapewniona. Jaruzelskiemu mógłby w telewizorze towarzyszyć mecenas Michnik oraz nie mniej wygadany Urban, Urban jest kompetentny jak najbardziej, gdyż był wieloletnim rzecznikiem pamiętnego rządu stanu wojennego. A Michnik? Autor słów „odpie… się od generała” to uczestnik dyskusji wprost się narzucający.
Natomiast Paczkowskiemu mogłoby towarzyszyć ze dwóch historyków. Profesor Wojciech Roszkowski i doktor Łukasz Kamiński, prezes IPN. Ale bym się nie upierał, może to być doktor habilitowany Sławomir Cenckiewicz, autor pracy „Długie ramię Moskwy”.
A dlaczego Roszkowski? Jest nie tylko autorem świetnej trzytomowej „Najnowszej Historii Polski”, ale jest naukowcem, który nie ucieka od sporów. Podkreśla, że o tym kto ma rację w dyspucie, decyduje kryterium ocen. I zanalizował teorię „mniejszego zła” na przykładzie wprowadzenia stanu wojennego. Stawiał pytanie. Dla kogo stan wojenny miał być mniejszym złem? Przecież dziesięciomilionowa „Solidarność" nie zagrażała gospodarce i nie dążyła do użycia siły, natomiast bez wątpienia zagrażała władzy Kremla w Polsce i zagrażała monopolowi władzy PZPR. Jeśli ktoś mówi o mniejszym złu, mając na myśli utrzymanie rządów PZPR, to stan wojenny będzie dlań czymś zdecydowanie lepszym niż istnienie „Solidarności".
Zło stanu wojennego
A jeśli przyjmiemy kryterium niepodległości i demokracji – należałoby zapytać młodych demokratów z Czerskiej? I dodajemy, jeżeli mniejsze zło, to i dobro, a więc ocena moralna.  Dla kogo stan wojenny był dobrem i kto na nim skorzystał? Bez wątpienia Wojciech Roszkowski byłby kompetentnym polemistą dla Michnika.
A prezes IPN Łukasz Kamiński”? Kilka dni temu zadał kłam twierdzeniom Jaruzelskiego. „Mówienie o 16 ofiarach stanu wojennego jest kłamstwem propagandy stanu wojennego!” i dodał, że generał, przygotowując się do stanu wojennego, nastawiał się na setki a nawet tysiące ofiar. Na pytanie, czy był jakikolwiek pozytywny efekt wprowadzenia stanu wojennego odpowiada: „Ile byśmy nie szukali, nie znaleźlibyśmy nic pozytywnego. Nic”.
Natomiast Antoni Dudek, historyk, a jakże, w telewizorze coraz rzadziej gości, pisze, że pełna liczba ofiar stanu wojennego jest niepoliczalna. W setkach tysięcy można natomiast liczyć tych, którzy w wyniku masowych czystek stracili pracę, zostali zdegradowani lub pozbawieni szansy na awans tylko dlatego, że należeli do „Solidarności”. Polskę opuściło milion osób.
To ma być mniejsze zło?
Przez pewien czas Jaruzelski powoływał się na konieczność. „Stan wojenny był koniecznością”, i Jaruzelski udowadniał, że wszystko, co czynił, jako generał, premier, pierwszy sekretarz, przewodniczący itd było konieczne. Nie ma miejsca, by tę „historyczną konieczność|” obalać. A rozliczne kanały telewizyjne? Piszą historię im pozostawioną pozbywszy się uprzednio historyków? Z obserwacji minionego tygodnia - grają na emocjach, pokazują ofiary, ale przecież wiadomo – 51% w ankiecie zakreśla kratkę – stan wojenny był uzasadniony. Codzienne sondażowe pisanie historii.
Ponawiam pytanie. Dlaczego w telewizji w 30 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego nie było dyskusji historyków? Nie musiała toczyć się na żywo, stan zdrowia i wiek, wiadomo, ale właśnie dlatego, czas jest najwyższy, ostatni. Czy w kolejne rocznice manifestacje będą się odbywały pod oknami żyrantów Jaruzelskiego? W Alejach Przyjaciół i Róż?
A czy naczelny Wyborczej, od dwudziestu lat kształtujący opinię publiczną, znalazłby w Roszkowskim odpowiedniego przeciwnika polemicznego? Zapewne zgodziłby się w jednym punkcie. Profesor Roszkowski zarzuca kłamstwo komunistom i Jaruzelskiemu, jakoby Solidarność dążyła do użycia siły i …. tenże Michnik w rozmowie opublikowanej we francuskim wydaniu „Stan wojenny. Dlaczego?” (1992) mówi to samo - „Nie było ani jednego pistoletu, ani jednego granatu, ani jednej butelki z benzyną”.
I w tejże rozmowie z pierwszym sekretarzem PZPR Michnik usłyszał (podaję, jako smaczną anegdotkę, podobną do tej o spadających aureolach), otóż usłyszał od towarzysza generała, że w „Solidarności” dominowały „osły strategiczne”. Zapewne towarzysz Jaruzelski miał na myśli takich „osłów strategów” jak Geremek, Mazowiecki, czy sam Michnik. No i Ja Wałęsa.
Zostawmy mediom i ich sondażom.
Jaruzelski twierdzi, że społeczeństwo popierało stan wojenny. W Wyborczej czytam, że pod koniec 1981 r. poparcie dla Solidarności spadło z 89 do 71 proc. Ale to dane GW, bierzemy poprawkę. Było olbrzymie, pomimo trudności życia w komunie i pomimo wspomnianej propagandy reżimowej.
Dzisiaj (środa rano) Wyborcza w sondażu na swoim portalu pyta czytelników czy rocznica 13 grudnia 1981 r. to „pretekst do podziałów społeczeństwa (podpowiada - np. na NAS i tych od ZOMO)”, czy może jest to „jeszcze jedna klęska do świętowania”?
Czy dziwi, że w innym sondażu 51% uważa, że wprowadzenie stanu wojennego było uzasadnione? I z tego samego sondażu wynika, że 54% ankietowanych nie wie, kiedy był wprowadzony. Komentarz konieczny?
A na portalu w Polityce, nie waham się napisać - elitarnej części opinii publicznej, jest inny sondaż: „Dlaczego autorzy zdławienia zrywu "Solidarności" i pałkarze stanu wojennego nie zostali ukarani?”. Wyniki są nokautujące dla środowiska Czerskiej. 98% (słownie – dziewięćdziesiąt osiem procent) zakreśliło odpowiedź:
„Zdecydowało porozumienie części elit "S" z ekipą Kiszczaka. Za władzę dla swojego środowiska zagwarantowali im bezkarność”.
 
Tylko co pięćdziesiąta osoba (2%) uważa, że przyczyną jest „upływ czasu i skomplikowana materia prawna”. Ale przecież wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest czytelny – stan wojenny był aktem absolutnie bezprawnym nawet w myśl ówczesnego komunistycznego prawa.
Świadectwo historii
Pamiętam każdy dzień pierwszej „Solidarności”, pamiętam ludzi. Jakże wielu. Wielu już odeszło. I piszę - kłamstwem jest stwierdzenie Jaruzelskiego, że społeczeństwo poparło wprowadzenie stanu wojennego. To był czas wolności, czas nadziei i jednocześnie olbrzymiej gotowości do wyrzeczeń. Podkreślam – od pierwszego do ostatniego dnia wolności był to czas nadziei. Bo to był czas wolności.
W naukach ścisłych twierdzenia się z trudem udowadnia, ale z łatwością fałszywe obala. Bloger GIZ 3MIASTO cytuje pamiętniki Wiaczesława Mołotowa – właśnie tego Mołotowa, znanego z podręczników historii, tego od paktu z Ribbentropem, tego od stwierdzenia, że Polska jest poczwarnym bękartem traktatu wersalskiego. Likwidowana jest nauka historii w szkołach – stąd te zbyteczne wydawałoby się uzupełnienia.
Otóż Mołotow pisał w okolicach roku 1981:
 „W ostatnich kilku latach wielkim naszym osiągnięciem, naszym, to jest komunistów, było pojawienie się dwóch ludzi. Pierwszą przyjemną niespodzianką był Andropow (...). Drugi człowiek to Jaruzelski”.
Po czym stwierdza, komentując wprowadzenie stanu wojennego w Polsce: "Bolszewików było wśród Polaków niewielu. Jaruzelski nas wyręczył". I takie jedno stwierdzenie, pochodzące z pamiętników Mołotowa, wprost z Kremla, jest matematycznym, ścisłym obalaniem każdej narracji Jaruzelskiego, a także narracji medialnej.
Mediom historii nie zostawimy. Także Pamięci. I stanie w Warszawie pomnik generała Ryszarda Kuklińskiego, w końcu generała. Stanie pomnik Anny Walentynowicz – Anny Solidarność, i jej towarzyszy walki z komuną. A Jaruzelski, miejsce w podręcznikach historii, właściwe swoim czynom i odpowiednie dla wybranej życiowej drogi zajmie, tuż obok Szczęsnego Potockiego.
Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.
Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale