182 obserwujących
639 notek
1021k odsłon
  676   0

GWIAZDKA, 2011

 

Grudzień, jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku. Wiadomo dlaczego, Święta Bożego Narodzenia. Wigilijny wieczór, Gwiazdka. Czasem biorąc do ręki książkę,  na stronie tytułowej napotykam jedno słowo - „Gwiazdka”, datę i podpis. Podpis najczęściej czteroliterowy.
Pamiętam „Serce” Amicisa, pamiętam w złoconej okładce grube „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”, a także „Chłopców z placu Broni”, „Hrabiego Monte Christo” i sześciotomową „Trylogię”. Szyta, do dzisiaj stoi w pierwszym rzędzie. Można powiedzieć, a właściwie spostrzec, że w dzieciństwie dostawało się pod choinkę książki, które w młodości czytali rodzice, a tak naprawdę – takie, na których wychowywały się kolejne pokolenia, a więc przedwojenne.
I trochę później Hugo Steinhaus i jego gwiazdkowy „Kalejdoskop matematyczny”, czyli pierwsze odkrycie matematyki. Pamiętam jak znalazłem pod choinką „Lilavati” Szczepana Jeleńskiego i potem długie poszukiwanie „Śladów Pitagorasa” tego samego autora. Lilavati, to czarująca córka matematyka hinduskiego z XII stulecia. Wiemy, że nazywał się Bhaskary. Ukochanej córce zadedykował jedną część swojego dzieła poświęconego arytmetyce i zatytułował jej imieniem. Lilavati. Prawie tysiąc lat temu. 1000 lat.
Minęło także trochę czasu od moich pierwszych książek gwiazdkowych i mam w ręku „Gabinet matematycznych zagadek” Iana Stewarta, prezent pod choinkę. Jednego dnia zamówiłem przez Internet, a już następnego dnia leżał na moim biurku. Niestety XXI wiek. Nie szuka się, nie zdobywa, nie cieszy, ręcznie nie przepisuje, nawet nie stoi w kolejce, a po prostu kupuje. Okropność. Jak się odnaleźć? Jak się odnaleźć wśród tych, dla których liczy się tylko „tu i teraz”?
Bardzo ostrożnie przejrzałem, podczytałem kilka stron, nie pozostawiając oczywiście śladów i stwierdzam: Świat stoi w miejscu i ubożeje. Ginie. Nie tylko matematyczny świat. Jakże ciekawiej, barwniej, ładniej przedstawiał matematyczne problemy Jeleński prawie sto lat temu. Handlarze nierogacizny, problem wilka, kozy i kapusty, złamany bambus, a także ilość wody w beczce no i „tajemnicze zniknięcia”. Ale Jeleńskiego się nie wznawia. Ani trudniejszego w poznawaniu Steinhausa.
Wybierając prezent musiałem z konieczności poprzestać na Stewarcie i jego pytaniu: „Kiedy odtwarzacz MP3 powtórzy piosenkę?”. Zgroza.
Kiedyś, na ławce w parku siadywał chłopiec z dziewczyną, a wcześniej czekali na siebie zatopieni w książce. Dzisiaj, z komórką w ręku i słuchawką w uchu. Żadnej niewiadomej, niecierpliwego oczekiwania, na ekranie komórki treść esemesa – „czekaj, spóźnię się dwie minuty”. Kolejna z okropności XXI wieku. Natychmiastowa informacja. Gdzie gonitwa myśli, zwątpienie? Przyjdzie czy nie?
Odtwarzacz MP3? To nawet Raymond Smullyan (polecam) zatytułował jedną ze swoich popularyzatorskich książek dowcipnie - „Jaki jest tytuł tej książki?”. No, jaki? Kolejne, samym tytułem zmuszają do sięgnięcia: „Zagadki szachowe Sherlocka Holmesa”, „Szatan, Cantor i nieskończoność” czy „Przedrzeźniać przedrzeźniacza”. Odrzucam MP3. Daleko.
A jakże zubożał matematyczny język? Jakże zgazeciał, się zmediocił (zmediocił – to od medioty). Stewart w gabinecie stawia problem „Podłączenia mediów”. Nie chodzi o Polsat z TVN i Wyborczą.
Należy podłączyć trzy domy do trzech mediów” - a media, to woda, gaz i prąd. Uciekam wołając ratunku. Kiedyś, nie było mediów, były zwykłe studnie. Z wodą. Trzy domy i trzy studnie i ścieżki prowadzące do nich. Lilavati pomagała rozwikłać podobny problem „Koncesji chińskich” – pięć kompanii kolejowych zamierza doprowadzić swe linie i zbudować dworce, a dzisiaj trzeba „podłączyć media” no i w Chinach nie ma naszych kompanii kolejowych. To w Polsce Chińczycy budowali autostradę. Skończyli budować.
Żeby gładko przejść do książek podchoinkowych dla dorosłych, zacytuję ostatnie zdania z Siergieja Bobrowa „Dwurogiego czarodzieja” – doskonały rocznik 1952. Nie było mnie na świecie, te roczniki pryszczatych „inżynierów dusz” studiowałem później. Autor książki, to taki radziecki Szczepan Jeleński.
Zacytuję dlatego, by przypomnieć, a także dlatego, że widzę, jak najtęższych historyków dopada amnezja. Kosmicznej wielkości czarna dziura pochłania lata 1945 – 1956, przykrywa się je olbrzymią białą plamą.
Kto, bardzo planowo, krok po kroku, od niby łagodnej rewolucji, a potem kulturalnej, sowietyzował Polskę i Polaków? Nawet książki popularyzujące matematykę wśród dzieci, (chociaż powinienem napisać, takie książki oczywiście „też”) jednocześnie je indoktrynowały. A więc cytat:
„Na olbrzymich przestrzeniach Związku Radzieckiego jest teraz dużo wyższych zakładów naukowych, dokąd zdąża żądna wiedzy młodzież, aby w przyszłości stać się pożytecznymi obywatelami społeczeństwa socjalistycznego, wiernymi pomocnikami swego kraju i zasłużyć na pochwałę partii, rządu i najlepszego przyjaciela uczącej się młodzieży, wodza narodów - Towarzysza Stalina”.
 
Tajemnicze zniknięcia
Kto wkładał dzieciom do głów, że aby w przyszłości stali się pożytecznymi obywatelami, to muszą zasłużyć na pochwałę partii i pochwałę wodza narodów Towarzysza Stalina? Wiadomo gdzie powinna znaleźć się odpowiedź na to pytanie, w prezencie pod choinkę dla dorosłych, w syntezie historycznej. Jeszcze ciepła, ledwie wydana Andrzeja Leona Sowy „Historia polityczna Polski” – 1944 – 1991 jest odpowiednią?
Andrzejewski, Kott, Ważyk, Hertz, wystąpili z PZPR – informuje się czytelnika – gdyż nie pozwolono im na wydawanie miesięcznika „Europa” – i pytam. Z PRL chcieli przeskoczyć prosto do Europy? A skąd w tej partii się znaleźli? Andrzejewski – autor takich prac jak „O człowieku radzieckim” (1951) oraz instruktażowa „Partia i twórczość pisarza” (1952), w latach 1952-56 poseł na reżimowy Sejm siłą został wcielony do PPR/PZPR?
Czytam - Wiktora Woroszylskiego zdjęto z naczelnego „Nowej Kultury” i razem z nim odeszli z redakcji Kołakowski, Brandys (Marian) i Konwicki, według autora „wybitni pisarze”. W 1958 roku, byli raczej socrealistycznymi grafomanami. Cóż takiego napisał Konwicki, jakie arcydzieło? „Władzę” czy paszkwil antyakowski „Rojsty”? Leszek Kołakowski wybitnym pisarzem? Znam jego twórczość literacką z kilku wersów - a jestem dość oczytany - „Jutrznia się rodzi, jutrznia drga / znad rozrytego walką gruntu/ czas przyszedł w mrok krzywdy i zła/ rzucić płonącą żagiew buntu”.
Pogłębiał się konflikt – czytam – pomiędzy kierowanym przez Słonimskiego ZLP a kierownictwem partii. A któż to ten Słonimski? Dziewięcioletnia biała plama? Na dwieście siedemdziesiątej pierwszej stronie książki pojawia się Stefan Żółkiewski z Adamem Schaffem. Cóż porabiają? Zajmują „inne stanowisko” niż Gomułka – opowiadają się za autonomią sztuki. A wcześniej pętali naukę, usuwali przedwojennych profesorów z uczelni. O tym cicho sza, biała plama.
Profesorze Sowa, czy słowa „trudno jest napisać pracę, która nie budziłaby emocji” dotyczą tych pańskich połaci białych plam? Tych wymazanych nazwisk? Różne oceny i interpretacje – rozumiem, może pan na każdej stronie pochwalać czyny jednego stalinowca czy drugiego, wychwalać rewolucję kulturalną, ale gdzie podział się Kuryluk? Putrament miga na dwóch stronicach, dosłownie miga, a przecież to on, swoją drogą w tym czasie potężny protektor Czesława Miłosza, w 1947 roku uznał nadając kierunek literatom, „iż należy uzbroić nasze prace w ochronną szczepionkę przeciwko zgniłym wpływom wstecznictwa kapitalizmu europejskiego”. A gdzie Sokorski? Główny urzędnik odpowiedzialny za wprowadzenie socrealizmu, który upominał się o rzeczywisty zwrot w polityce kulturalnej,  wsiąkł Sowie?
Skoro są chwalebne czyny, listy piętnastu i trzydziestu czterech, czasy KOR-u, udział pisarzy w opozycji, skoro są rewizjoniści, to gdzież pan profesorze Sowa „upchnął” stalinowców, inżynierów dusz? Tajemnicze zniknięcie? Skoro jest gomułkowska „dyktatura ciemniaków”, odnotował pan ten fakt i wiele innych, kulturalnych, to gdzie są inżynierowie dusz, właśnie wówczas pokonujący po kilka pięter jednym skokiem, na drodze błyskawicznych literackich karier? Wille i apartamenty, apanaże i stutysięczne nakłady, no i Obory.  
Literaci.
A może pod choinkę „Literaci”, jeszcze ciepła praca doktorska Konrada Rokickiego, wydana przez IPN? Czytam: „W relacjach między literatami a władzą lata 1956-1970 cieszyły się jak dotąd bodaj najmniejszym zainteresowaniem badaczy. Gros publikacji na ten temat dotyczy okresu stalinizmu lub …”. Na pewno gros? Powątpiewam.
I mamy prawie hagiografię literatów. Słonimski ponoć przerwał naszą „izolację od kultury zachodnioeuropejskiej”. A kto tę łączność zrywał? Krasnoludki? Rozdział groźnie zatytułowany - „Rozprawa z rewizjonizmem”, ale przecież najpierw należało zostać tym rewizjonistą, dysydentem, a jeszcze wcześniej marksistą. Z „Nowej kultury” odchodzą, a kto zostaje nowym naczelnym z nominacji KC? Tenże Żółkiewski, który …. wystarczy.
Rzucam polityczną bieżączkę, odstawiam lożę prasową, wylewam kawę na ławę, i wracam do historii - od Nowego Roku.
Ale żeby nie było pesymistycznie. Polecam na Gwiazdkę Rafała Żebrowskiego „Zbigniew Herbert” z podtytułem „Kamień na którym mnie urodzono”, polecam każdą książkę wydawnictwa Arcana - Włodzimierza Biernackiego „Myśl polityczną I Rzeczpospolitej”, polecam wciąż dostępną Włodzimierza Boleckiego „Ptasznik z Wilna” o Józefie Mackiewiczu, i koniecznie, jak łyk świeżego powietrza,  Gustawa Herlinga Grudzińskiego, po raz pierwszy szyty - „Dziennik pisany nocą” 1971-1981. Doskonała odtrutka, na Czerską, na wszystko, a sobie polecam bardzo smaczne, listy Jerzego Giedroycia i Czesława Miłosza  (1964-1972). Polskość (słowo, które w sieci zrobiło olbrzymią karierę), to dla poety „napiętnowanie”.
Giedroyc zarzuca Miłoszowi, że w Polsce dostrzega jedynie „środowisko”. A dla niego (list z 10 maja 1967 roku) „możliwości p o t e n c j a l n e Polski są ogromne i w skali naprawdę światowej”.
I tego życzę czytelnikom.
Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie.  
Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale