182 obserwujących
639 notek
1021k odsłon
  745   0

KUP PAN SERCE

 

 
„Jaki władca ludu, tacy i jego ministrowie, jaki władca miasta, tacy jego mieszkańcy” - mądrość Syracha
„Widzieć, aby wiedzieć – oto dewiza podróżnika” – Astolphe de Custine
Gdyby jakiś podróżnik, na przykład z dalekiej Australii, albo z bliskiej nam Irlandii, zawitał do Warszawy w niedzielę 8 stycznia 2012, jaki kraj spotkałby w swej turystycznej wędrówce? Pełen radości i narzucającej się serdeczności. Na lotnisku, na postoju taksówek, przed hotelem, prawie na każdym rogu ulicy zostałby zaczepiony uśmiechem i usłyszałby słowa „Kup pan serce”. Gdybyż wiedział, gdyby turystyczny przewodnik informował, że wystarczy Pokojowemu Patrolowi dać się oznakować czerwonym serduszkiem, pozwoliłby na to bez chwili wahania, i zaznałby spokoju.
Zmęczony podróżą udaje się do hotelowego pokoju, włącza telewizor i aklimatyzując się w łożu, przez dzień boży cały ogląda krainę szczęśliwości, jej telewizyjny obraz. Widzi uśmiechniętych krajowców. Są niezwykle podnieceni, podekscytowani, zachowują się w sposób mało zrównoważony, biegają i podskakują, dziwacznie ubrani, wydają z siebie okrzyki, wyrzucają z gardeł olbrzymie liczby, z wieloma zerami. Ratują życie.
Zapala się pierwsze światełko ostrzegawcze, pojawia się wątpliwość, gdybyż to była kraina miłością płynąca, po cóż państwowym władzom, byłaby potrzebna aż taka gigantomania?
Podróżnik w telewizorze widzi prezydenta kraju i zauważa, jak tenże jest skromny, trzyma się cienia człowieka w czerwonych portkach i żółtych okularach. Obserwator zdaje sobie sprawę, że poznaje nader dziwny kraj, odnosi wrażenie, że jest w teatrze. A w telewizorze kilkanaście godzin ciągnie się korowód tubylców, dosłownie się ciągnie, przewija na ekranie. Z miast i miasteczek, z wiosek i wioseczek, także kilkunastu europejskich stolic. Meldują. Składają meldunki.
Wieczorem już zasypiając słyszy, że ostatnie wejście, jak co roku, zakończy się pysznym tortem zrobionym przez hotel Jan III Sobieski Radisson i lody od firmy Grycan, już zamyka oczy, ale podrywa go jeszcze okrzyk „Oj dzieje się!!!”.
Budzi się dość późnym poniedziałkowym rankiem, jedwabna pościel, jajeczko na miękko, chrupiąca bułeczka i żółty serek, kawka, włącza telewizor, i cóż widzi? Inny kraj. Jedna noc przeniosła go w inny świat. 
Połowę ekranu telewizora przykrywa żółty pas z napisem „samobójstwo prokuratora”, i życie całego państwa, medialne życie, toczy się przez cały dzień wokół tego wydarzenia. Drugi akt sztuki, napisany przez innego autora? Podróżnik się dowiaduje, że trwa wojna. Wojna dwóch prokuratur, wojskowej z cywilną. Gruba kropka.
 
Kiedyś, podróżnicy poznający obce kraje, pisali listy, czasem je wydawali, prowadzili dziennik, a dzisiaj filmują i mailują. Całkiem niedawno, dwa tygodnie temu, każdego dnia na ekranie iPada  mogłęm śledzić podróż swegho chrześniaka na Daleki Wschód. Przeczytać kolejny post: 
Jestem w Hanoi, w Snake Village. Właśnie piję świeżą krew zabitego na moich oczach węża zmieszaną z ryżówką. Miałem pecha, do mojego drinka wrzucono wciąż bijące serce, co robić? Jadowitą kobrę spożywałem w pięciu potrawach.
I krótki film, i kilka zdjęć węża i jego serca – co kraj to obyczaj, chociaż należałoby napisać, co kraj to biznes. 
Pan Bieganek zwiedzał Abisynię, Wojciech Cejrowski był wszędzie, a taki Guliwer poznawał krainę Houyhnhnmów, rządzoną przez konie, a także Laputę, królestwo muzyków i matematyków, którzy jednakże nie potrafili zastosować swej wiedzy muzycznej w życiu codziennym. Laputa bardzo przypomina Polskę i panujące w niej rządy miłości. Miłość rządu, a jakże, ale tylko dla już zakochanych. Zaprzeczy ktoś? Swift w genialny sposób opisał państwo utopijne, ale … należy czytać pełną wersję przygód Guliwera, nieocenzurowaną. Dzisiaj to biały kruk.
Markiz Astolphe de Custine, francuski pisarz i podróżnik, jest z kolei autorem słynnych „Listów z Rosji” z 1839 roku, ukazujących panujący w Rosji despotyzm. Opisuje w nich wszechwładzę biurokracji. Notował:
„W krajach rządzonych despotycznie wszelkie rozrywki tłumu, gdy odbywają się jednocześnie z rozrywkami władcy, wydają mi się jednak podejrzane; lęk i pochlebstwo małych, pycha i obłudna wspaniałomyślność wielkich …”.
I światełko kolejne się zapala. Czy dnia 8 stycznia, nie opanował Polski medialny despotyzm? Czy ten zimowy dzień, nie przypominał peerelowskiego 1 maja?
Nie jest odkrywczym spostrzeżenie, że nakazana zabawa nie jest już zabawą. Co najwyżej może być poleceniem odtworzenia zabawy. Czy po dwudziestu latach Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy się nie zrytualizowała? Pytanie jak najbardziej zasadne.
Czy wezwanie Patrolu Pokoju „kup serce”, wezwanie, które staje się moralnym szantażem,aż tak bardzo się różni od zachrypniętego „kup pan cegłę”?
Wracam do „Rosji w roku 1839”, wyśmienita lektura, polecam, chociaż pełne wydanie listów trudno osiągalne. „Jaki władca ludu, tacy i jego ministrowie, jaki władca miasta, tacy jego mieszkańcy” czytam i myśląc o mieszkańcach Warszawy, czynię uwagę, że dali się poznać z pięknej strony, pamiętne dni kwietnia 2010 roku, ale potem? Dzisiaj?
I dalej de Custine pisze:
„nie mogę zapomnieć o podróży cesarzowej Katarzyny na Krym i o zrobionych z desek oraz malowanego płótna fasadach sztucznych wsi, które porozstawiano w pewnych od siebie odległościach wzdłuż całej drogi, o ćwierć mili od jej skraju, aby odbywająca tę tryumfalną podróż władczyni mogła sobie wyobrażać, że za jej panowania dawne pustkowia zapełniły się ludźmi”.
Czyżby Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy byłą taką fasadą, pisząc precyzyjniej - jedną z fasad, za którą ukrywa się tragiczny stan służby zdrowia? Ale, przed kim się go ukrywa? Lekarzami czy pacjentami, a może przed władzą? Przed podróżnikiem z Irlandii?
Listy de Custine  zawierają dziesiątki celnych spostrzeżeń z dziewiętnastowiecznej Rosji, ale czy dzisiejszy świat aż tak się oświecił/rozwinął?
„Panuje tu nieustanne sprzysiężenie uśmiechów spiskujących przeciw prawdzie, byle zadowolić tego, który jeden tylko jest rzekomo godzien chcieć i działać dla dobra ogółu”.
Czy dzisiaj w Polsce, w Europie, nie jest tak samo? Sprzysiężenie uśmiechów, spisek dobrych chęci.
Czytelnikom polecam Swifta Guliwera, polecam „Rosję w roku 1839”, polecam podróż po Polsce B, byleby nie helikopterem, i podsuwam książkę Piotra Osęki „Oficjalne święta i uroczystości rocznicowe w Polsce” – znajdą analogie. Obawiam się podać właściwy tytuł – ale muszę, „Rytuał stalinizmu”. Brrrr …
Czas uwolnić dobroczynność z gigantomanii. Pamiętać o słowach - „Niech nie wie lewica, co czyni prawica”.
I czas spytać należy Jerzego Owsiaka, czy nie zauważa, że czas jest najwyższy, aby odpaństwowić i zdemonopolizować Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy? Czy pozwoli dobroczynności stanąć na własnych nogach?  Czynienie dobra niech nie będzie od święta.
Niech nie będzie jednorazowym kupowaniem serca. Wezwaniem szantażem - „kup pan serce”. 
 
Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie  
 
Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale