182 obserwujących
639 notek
1020k odsłon
1012 odsłon

O miejsce dla kpiarza

Wykop Skomentuj14

 

Antoni Słonimski, na którego - bardzo eufemistycznie rzecz ujmując - wciąż się boczę, za jego romans z socrealizmem i komunistycznym reżimem (dzisiaj, takie romanse, takie stalinowskie zauroczenia nazywa się epizodami), otóż poeta wspomina, jak to „na początku Polski” wziął udział w żarcie Marszałka. We trzech – z Janem Lechoniem i Julianem Tuwimem napisali cóż takiego? Szopkę, pierwszą szopkę Pikadora. 
Młodzi autorzy – młodzi w znaczeniu tradycyjnym, liczyli sobie wówczas po dwadzieścia kilka lat - mieli pokazać ją w Belwederze. W jednej z sal przygotowano budyneczek szopki i wczesnym rankiem samochód ciężarowy z kukiełkami pojechał do pałacu belwederskiego. Niestety – wspomina Słonimski - pisma popołudniowe doniosły, że na czwartą w Belwederze zwołane jest zebranie Rady Ministrów. Uznali, że z przedstawienia trzeba zrezygnować.  
Jakże się zdziwili, gdy o oznaczonej porze „przyszły po nich auta”. Okazało się, że przedstawienie Szopki się odbędzie. Marszałek Piłsudski, nikomu nie mówiąc o co chodzi, zwołał Radę Ministrów, a gdy wszyscy stawili się już na miejscu, poprosił zebranych do wielkiej sali, mówiąc: „Proszę panów na Szopkę". Wieniawa przedstawił poetę Marszałkowi ponoć żartobliwie (a, raczej proroczo, szanowny autorze wspomnień): „to nasz komunista".
Malarz Leonhard, który ruszał w szopce kukiełkami, zdążył jeszcze tubalnym głosem szepnąć „Panowie, dostaniemy po mordzie, bo teksty za ostre".
Rzeczywiście, było dużo osobistych i złośliwych żarcików, ale cała sala rozbrzmiewała ustawicznym śmiechem. Z tym, że kiedy śmiał się bardzo głośno minister spraw zagranicznych, milczał minister skarbu. Minister spraw zagranicznych przestawał się śmiać, a minister skarbu zaczynał. „Żart, który Piłsudski zrobił swym ministrom, i jego szczera zabawa na przedstawieniu Szopki jest jednym z licznych dowodów rozumnego stosunku Marszałka do satyry. Piłsudski nie bał się dowcipu, nie walczył z wolnością słowa…” – wspominał Słonimski po wielu latach, tuż po śmierci Józefa Piłsudskiego w 1935 roku.
Nawet nie pytam, czy w styczniu tego roku w Belwederze odbyło się przedstawienie szopki, i nie zastanawiam się, czy na horyzoncie można dostrzec młodego Lechonia (dwudziestolatka) czy o kilka lat starszego Juliana Tuwima, ale w żaden sposób nie mogę zrozumieć, dlaczego Noworocznej Szopki nie było w Telewizji?
Jakiej tam szopki, lawiny szop i szopek. Przecież ten rząd, przecież te dwa Pałace, mały i wielki, wyżywiłyby i legion wszelkiej maści kpiarzy. Taki pierwszy z brzegu minister, prezydencki, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, profesor Stanisław Koziej, gdy okazało się, że aby włamać się na internetowe strony rządowe wystarczyło wpisać login "admin" i hasło „admin1” był łaskaw stwierdzić, że "władza nie może się odcinać kodami i szyframi od rozmowy z opinią społeczną". Co najmniej kilka dni każdy nastolatek rechotałby ze śmiechu przed telewizorem. Co tam podlotek puszczająca oko, każdy przedszkolak znacząco, z politowaniem pokiwałby głową. Pokoleniowa przepaść.
I widziałem w tych dniach tę młodą opinię publiczną na ulicach miast, dziesiątek miast, Lublin i Kraków, Poznań i Kielce i potwierdzam, trzymali się za brzuchy. Kpili z władzy. A na ekranie telewizora Szkło Kontaktowe i kpiny, z czego? Z opozycji, od pięciu lat wykpiwają opozycyjne rządy kaczora.
Minister Koziej, złotousty Nałęcz, p. Tomasz, to też minister, mężny Nowak, urodziwa Mucha, same ministry, obrodziła III RP w tytuły, no i premier, który wypełniłby sobą szopkę całą, a i prezydent wręcz (dosłownie, do bulu) w niej urodzony.
A im, satyrykom i szydercom medialnym, z wyabortowanym poczuciem humoru, we wnętrznościach kaczka zaległa, żółcią plwają, bekają i beczą, gdy się im czknie.
Donald Tusk, a jakże, wciąż nie odcięty od rozmów z opinią publiczną – jak się obawiał szef bezpieczeństwa narodowego - pierwszy obywatel III RP, tuż po podpisaniu paktu ACTA, podkreślmy, że z jego upoważnienia podpisanego, ocknął się i mówi: „Sprawdzimy każdą literkę, żeby nie było wątpliwości, czy ACTA wymusza na naszym prawie zmiany, które ograniczą wolność w internecie”.
Będą sprawdzać każdą literkę, każdy jej ogonek i zawijas, i wszystkie szeryfy. Śliniąc paluchy przekartkują ACTA, marszcząc miedziane czoła, ściągając ust kąty, unosząc brwi, prześledzą wszystkie cyferki i przecinki, każdy spójnik wynicują i wybebeszą.
Pytam. Wszystkich pytam. Wołam. Niewskazanym byłoby, umierając ze śmiechu, paść w końcu trupem u stóp telewizora? Przed monitorem komputera? Ale o tym ani mru, mru. Kabarety nie wychodzą z kościelnych krucht i ław opozycji. Murzynki i orientacje tylko ich kręcą.
Dlatego w telewizorze satyrycznych kupletów nie uświadczysz, pełno w zamian sześćdziesięcioletniego prawie Wojewódzkiego, z górnymi odnóżami penetrującymi okolice krocza, i takimż okołopenisowym słownictwem. Satyr z TVN zastępuje kpiarzy.
Jakież nazwiska przed wojną – przypominam – Lechoń, Tuwim i Słonimski, a tuż obok Wierzyński i Iwaszkiewicz, Hemar, kpili z władzy, z rządu, trochę mniej z Piłsudskiego. Ale przecież taki Piłsudski trafia się jeden na tysiące lat. A dzisiaj?
Dlaczego nie ma festiwalu szopek – Polsat-u, TVN-u, TVP1 i pomniejszych superstacji? Gdzie satyra, wierszyki i piosenki, gdzie śmiech chociażby i przez łzy, gdzież miejsce na błaznowanie i kulturalną kpinę? Czy buta rządzących, ich alienacja, nie bierze się właśnie stąd Dworaku?
Niestety rozeszły się drogi przyjaciół Skamandrytów. W „Dziennikach” Jan Lechoń wspomina, że wysmażywszy nie najgorsze piosenki, przekonał się, że były gorzkie i niezabawne. Bo niezabawna była polska rzeczywistość. Krytyka poprzez satyrę to jedno, ale jak pisze, Piłsudski był jednym z najgłębszych przeżyć młodości: „Nie przeżywszy go, nie można było naprawdę być wolnym Polakiem”. Życie żąda patrzenia w przyszłość, trzeba mieć jego (Piłsudskiego) powagę, bezinteresowność, a gdy trzeba tragiczną odwagę w walce o to, co jest dla nas dobrem Polski i ludzkości - pisał w 1950 roku w Nowym Jorku. A w tym samym czasie jego przyjaciele, z postaci komicznych zrobili się osobami z tragikomedii.
I w tym miejscu konieczne uzupełnienie, dygresja dla młodych czytelników, by historia była nauczycielką życia. Zacytuję Lechonia i wyznanie Tuwima, gdyż ani w podręcznikach do historii ani języka polskiego tego nie znajdą.
Otóż niedawno, dzięki You Tube obserwować można było żałobę, masowe szaleństwo histerii w Korei Północnej po śmierci Kim Dzong Ila, ale kto dzisiaj chce pamiętać, że peerelowskie elity równie głęboko przeżywały śmierć Stalina? Były równie wstrząśnięte, swą żałobę oblekały w słowa, w akty wiary, pisały wiersze i poematy. W Internecie krążą liczne świadectwa, dokumentujące organiczne cierpienie członków peerelowskich elit, oddające ich poczucie osierocenia, a między wersami można doczytać przysięgi wierności.
31 marca 1953 Lechoń notował w „Dzienniku” pisanym na emigracji, że tuż po śmierci Stalina, który „kazał zamordować polskich jeńców wojennych, zabrał połowę polskiego państwa, zesłał na Sybir miliony Polaków”, otóż po śmierci tego tryumfującego Gradiuszczego Chama, Julian Tuwim pisał w „Przekroju”: „długie są dzieje nasze – dzieje rodu człowieczego na ziemi - a nie było jeszcze żałoby tak powszechnej, tak boleśnie w zbiorowym sercu ludzkości wezbranej, jak po Nim - pierwszym tej ludzkości obywatelu”.
Nasza buntująca się młodzież, słyszy o Korei, ogląda filmy, i nie dowierza temu, co widzi, a żelazną kurtynę spuszczono im na PRL. Reżim komunistyczny, ma się zamknąć w wianuszku papieru toaletowego uwiązanego na szyi Leszka Kołakowskiego, opuszczającego Dom Partii po wykładzie marksizmu. Nic więcej?
Wracamy do roku 2012.
Należy walczyć o kpiarza. Satyra to nie tylko wentyl, to wpuszczanie świeżego powietrza do sypialni ministerialnych, to poranna higiena ministrów Muchy, Nowaka i Grasia, premiera Tuska.
A dzisiaj, czego chce salon? Czy jeszcze na Czerską nie dotarło, że krytyka jest lepsza niż propaganda, że żadna cnota krytyk się nie boi, a prawdziwa cnota kpiarza poważa? „Potem, jak grzeczne dzieci, dostaliśmy tortu, ciastek i Marszałek zaszczycił każdego z nas rozmową” – wspominał satyryk Słonimski.
A dzisiaj, kabareciarze dostają od władzy ordery i oczekują antenowych pasm, obsadzani w roli autorytetów śniadają u Mellera, okupują telewizyjne korytarze i studia. Czyż nie Marek Majewski mówił słowem wiązanym o liderze opozycji, że ma charyzmę psychopaty? Czy to nie Krzysztof Materna wzywał do obrony „Bronka normalnego”? Dziwi, więc, że w nagrodę wspólnie z czteroliterowym Wojewódzkim organizował najważniejszy koncert polskiej prezydencji?
I czy warto pytać o kondycję kpiarzy, o to,  jak ma się satyra dzisiaj? O głupkowate robienie z siebie idioty? Z jednej strony cięty dowcip Słonimskiego, Lechoń i Hemar, a z drugiej strony … cztery cyfry, czyli cztery zera.
W tym czasie środowisko Czerskiej ukulturalniało młode pokolenie – kuchcikiem Tarasem, biłgorajskim winiarzem i instalacjami artystki Nieznalskiej, która w kieszeni malarskiego kitla pod ręką trzymała męski członek. Słownictwo innego artysty ze szklanego ekranu Hołdysa, było i jest równie ch….we. Na marginesie. Właśnie zbiera żniwo – salwował się ucieczką z Facebooka. O jego stanie psychicznym niech świadczy dramatyczne wyznanie: „Uświadomiliście mi, że jestem debilem, nie mam matury, nie mam pojęcia o świecie”. Na Facebooku właśnie trwa akcja: ''Usuń Hołdysa z internetu!''. Bunt wyznawców.
A Wojewódzki i jego gówniane happeningi z wtykaniem polskiej flagi w psie odchody? (Przepraszam czytelników, ale muszę poziomem słownictwa się dostosować).
Czy więc dziwi, że kto zasiał chamstwo, ten dzisiaj zbiera owoce? Jak premier ma spotkać się z młodymi ludźmi i debatować, jeżeli jego własne dzieci mogą mu przynieść prosto z ulicy hasło: „Tusk Ty łobuzie, wsadzimy Ci ACTA w buzię" (ponownie przepraszam za drastyczność cytatu, ale jest powszechnie używane, trafiło pod internetowe strzechy, może dotrze, do czego doprowadzili), a matoł-pornol, to właściwie przerywnik, to nabranie oddechu przed „Tuskiem łotrem”.
Komu obecna władza powinna podziękować za to powiatowe uliczne słownictwo? Mediom i parasolowi przez nie rozpiętemu, który odizolował władzę od realu?
Biorę do ręki środową Gazetę Wyborczą i czytam: „Trzeba umieć powiedzieć, dokąd idziemy, po co tam idziemy i jaką cenę powinniśmy za to zapłacić” i dalej o Tusku, że w polityce stosuje sztukę, którą najbardziej uwielbia: kiwania. I potrafi każdego okiwać. Zdaje się, że na naszych oczach sam się wykiwał.
Jeżeli w organie Michnika czytam, że przez pierwsze cztery lata zrobił niewiele, a w pierwszych krokach jego drugiej kadencji widzimy chaos i szereg niepowodzeń, to czy nie należy zapytać – gdzie pisaliście swoje peany?
Czy nastąpi nagle Wielka Transfiguracja, taka, z jaką mieliśmy do czynienia w 1956 roku, a także w 1989? Czy nagle wszystkich oświeci, tak jak Aleksandra Smolara? Donosi, że premier i rząd byli (na początku drugiej kadencji) kompletnie nieprzygotowani do sprawowania rządu, mieli puste szuflady, nieprzygotowanych do rządzenia dyletantów.
I pytam, czy szanowny politolog, rżnie głupa, czy też odnalazł w sobie duszę kpiarza? Z kogo kpi? Z siebie.
 
Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie.
Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale