Internet – oni i ja, wróg
Konstrukcja jest dość złożona, ale precyzyjna:
Oni wiedzą, że ja wiem, że oni wiedzą, że ja wiem.
Wiem i o tym mówię.
Oni nie mogą mówić, bo nie potrafią i boją się.
Nie mnie, ale własnego środowiska.
A ja ten ich strach i niemożność intelektualną obnażam.
Więc wybuchają agresją.
Coś muszą zrobić.
To imperatyw.
Infamia we własnym środowisku jest straszna – to widać na przykładzie Migalskiego i komentarzy pod jego tekstami.
Ale Marek Migalski wybrał świadomie. I nawet, jeśli kiedyś ten cały PJN ponownie wróci do PiS, i wróci bez Migalskiego, bo ktoś musi ponieść ciężar winy – to Migalski jest jednak bytem samodzielnym, pod własnym imieniem i nazwiskiem, na które już zapracował, mniejsza o to, czym i jak.
A oni?
Ostracyzm środowiskowy – to pozbawienie ich wszystkiego, co mają. Bo poza tym PiS i swoją nienawiścią do wszystkiego poza PiS – nie mają nic innego. Bo mieć nie mogą.
I ja im to każdym swoim tekstem uświadamiam. I mówię im, że wiem. O tym ich braku wyboru. O pustce łatanej pretensjonalnym wymądrzaniem się. O ich nieudanym życiu. I osobistym i zawodowym. O ambicjach przerastających możliwości. O tym, że postawili na coś, co miało, niejako zamiast nich samych, odnieść w ich imieniu sukces. A oni swoim gorącym zaangażowaniem mieli stać się tego sukcesu beneficjentami. Poprzez poczucie satysfakcji i dumy – poprzez patrzenie na siebie wzajemnie z poczuciem smaku zwycięstwa, jak patrzą ciury obozowe na oficerów i generalicję a nawet na szeregowych żołnierzy armii, która wygrała bitwę, wołając radośnie i głośno: wygraliśmy, MY wygraliśmy!
Ale zamiast tego jest trwająca latami klęska.
Upokarzająca i dotkliwa.
Partyzanckie ataki, doraźne akcje, uświadamiają bezsens i niemożność przekucia ich nawet na zwycięstwo w pojedynczej potyczce.
Pozostaje nadzieja.
Na zło i głupotę innych, na wsparcie nienawiści i rozgoryczenia.
Na nic innego liczyć nie mogą. Może jeszcze jakiś kataklizm, jakieś nieszczęście, jakiś kryzys, który dotknąłby Polskę i zmiótł ze sceny tych, którym akurat wtedy przypadłyby rządy.
Na nic więcej liczyć nie mogą.
Wiedzą już, ze rumak, na którego postawili – to kulawa chabeta.
Więc czekają na ten cud, którego nie będzie.
Niektórzy to przeczuwają i znikają.
To ci, którym jeszcze coś życie oferuje i oni życiu też chcą zaoferować. Przynajmniej zamierzają starać się.
Reszta pozostaje w swojej wzajemnej zależności strachu i nadziei wpatrując się z drżeniem serc w sondażowe słupki.
I okłamują sami siebie, udając, że nie znają prawideł gry, która wyznacza sinusoidę a sprawą gracza jest tak ustawić czas po niej wędrowania, by w odpowiednim momencie znaleźć się na dole i podejmując marsz ku górze, w odpowiednim momencie znaleźć się na szczycie.
Ten szczyt dla nich jest nie do zdobycia.
Mają zły timing i kiepskiego gracza.



Komentarze
Pokaż komentarze (132)