Rozumiem, że państwo na rubieżach cywilizacji, bezustannie poddawane potrzebie obrony własnej tożsamości, nieustannie zagrożone, przez całą swoją historię rozszarpywane, wykształciło w zamieszkującym te ziemie narodzie świadomość wroga.
Wroga zewnętrznego i wroga wewnętrznego.
Między Rosją, potężnym wrogiem słowiańskim, z którym nie potrafiliśmy nigdy znaleźć wspólnego, mimo podobieństw, języka – a Niemcami, wrogiem germańskim, od którego oddzielało nas wszystko: język, kultura, tradycja, sztuka a nawet obyczaj – my, Polacy zagubieni i stłamszeni wiekami wojen, zaborów, okupacji – trwaliśmy w poczuciu naszej odrębności, wspierani naszym poczuciem patriotyzmu i wiary.
Ten wstęp jest i prawdą i kłamstwem.
Prawdą – bo tak opisuje nasze dzieje literatura i ta dawna i współczesna. Tak nauczane są dzieci z podręczników historii.
Kłamstwem – bo przedstawia naród, jako monolit, którym Polacy nigdy nie byli. Bo różnie pojmowali interes narodowy, który zawsze, także i dzisiaj, był i jest pochodną wyłącznie interesu osobistego. Rachunku korzyści i strat.
Na styku cywilizacji, kultur, w pokoju przechodnim miedzy Zachodem a Wschodem, Północą i Południem – Polska była krajem, w którym wciąż ktoś ustawiał swoje parawany, ścianki działowe, przepierzenia, oddzielając się od reszty mieszkańców. Ale wielu też przenikało poza te granice, uświadamiając ich iluzoryczność pozostałym lokatorom.
Mieszanie się religii, obyczajów - wytwarzało równolegle etos środowiskowy różny dla różnych środowisk, którego celem była ochrona przed mezaliansem „ubogiej panny”.
Ale przecież każde z tych środowisk inaczej ów mezalians pojmowało.
Przez całą naszą historię wędrujemy od sojuszu do sojuszu. Jak nie z Czechami, to z Sasami, jak nie z Prusami to Litwą, jak nie ze Skandynawiami to z Węgrami, Francją, Austrią i Bóg wie z kim jeszcze.
I zawsze towarzyszą temu ostre spory wewnętrzne. Aż po nazwanie wzajemne zdrajcami i tych, których polityka wygrała i tych, którzy przegrali.
I nie zawsze, to, co nas, Polaków, kaleczyło, ograbiało z jednego – nie przynosiło korzyści wymiernych w czym innym. Czasami wręcz prowadziło jakby wbrew powszechnie przyjętym poglądom do rozwoju, który w innej sytuacji dziejowej byłby najprawdopodobniej niemożliwy.
Nie mielibyśmy dzisiaj Łodzi, wspaniałej architektury Warszawy, Malborka, poaustriackich fortyfikacji i uregulowanych rzek galicyjskich i secesyjnych perełek Krakowa, Gdańska, Ziem Zachodnich z Wrocławiem, Śląska – gdyby nie owa polska historia „zdrad narodowych”.
Trudno dzisiaj ważyć na szali korzyści i straty wybuchu wspanialej literatury romantycznej a po niej całego nurtu pozytywistycznego – powstałych i wspaniale rozwijających się przecież podczas zaborów. Można sobie dzisiaj wyobrazić polską kulturę, sztukę bez powstałych w proteście wobec komunistycznej władzy dzieł? Ale czy można też mówić o braku dobrej, powszechnej edukacji świetnego kształcenia Polaków w PRL?
Nawet nasz „szeleszczący” innym nacjom język ulegał zmianom, przekształceniom, naleciałościom, regionalizmom, makaronizmom i innym różnym –izmom. Z istniejących do dzisiaj gwar dowodzących obcych wpływów i różnorodnego kształtowania się w różnych regionach Polski – wiódł nas w dzisiejsze, wcale nie zunifikowane, brzmienie, jakże pełne nowych wulgaryzmów, które przyniosła globalizacja i technicyzacja świata.
Kimże jest więc dzisiaj, w czasach wolności i demokracji, nasz wróg?
Czy polityka, dokonująca wyboru własnych kryteriów w zależności od kreowania bądź akceptowania ideologii poszczególnych partii – może, ma prawo, określać wroga?
Czyjego wroga?
Polski? Państwa? Narodu? Regionów geograficznych? Grup etnicznych? Poszczególnych środowisk? Pojedynczego obywatela?



Komentarze
Pokaż komentarze (38)