Mężczyzna winien spłodzić syna, zbudować dom, posadzić drzewo.
Ten mężczyzna syna nie spłodził, córki też nie, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo, szczególnie, że nie ma przy nim żony, kochanki, kobiety; dom dostał w spadku, a spadek to beneficjum po latach wysługi dla komuny; jedyne drzewo, jakie posadził uschło błyskawicznie – i smutny badylek, który był pogodną, dorodną sadzonką, młodym dębczakiem - urasta do symbolu: oto, co się dzieje ze wszystkim, czego tknie się ten mężczyzna – ten, jak ostatnio lansuje sam siebie: lider.
Lider?
Jaki tam z niego lider.
Wiedzie ten swój wierny tłumek niekumatych, zakompleksionych, obciachowych, postPZPRowskich funkcjonariuszy partyjnych od klęski do klęski. Najwidoczniej po fuksie podwójnego zwycięstwa, nie bez brudnego handelku z Lepperem, owocującego brudną koalicją i prezydenturą dla brata – stale zmniejszająca się liczba profitów w postaci dobrze płatnych stołków, wciąż jeszcze satysfakcjonuje tych, dla których owe miejsca gwarantowane są dobrymi lokatami na listach wyborczych. I to wystarczy, tyle trzeba, dla tych, dla których trzeba.
A poza tym…
Wszystkie wybory przerżnięte.
Jednak samopoczucie doskonałe – jakby sukces gonił sukces.
Może we własnym mniemaniu – Jarosław Kaczyński tak siebie widzi.
Polska widzi go, jako zarozumiałego bufona, intelektualnego przeciętniaka, nieudacznika z kompleksem władzy, odgrażającego się, że jeśli wygra – to wprowadzi własne prawo i własną sprawiedliwość zamieniając całą Polskę w jeden wielki PiS, oczywiście z pierwszą, drugą, trzecią i dalszymi kategoriami członkostwa, czyli Polakami Prawdziwymi, mniej prawdziwymi i całkowicie nieprawdziwymi autochtonami, jak powiadają byli komunistyczni notable, obecnie propagandyści od o. Ryzyka, lub kolaborantami, jak powiada pisowski wieszcz ze stalinowsko-ZMPowską przeszłością J.M.Rymkiewicz.
I on – ten najważniejszy, najprawdziwszy z najprawdziwszych, w otoczeniu swoich PiS-PZPRowców, ten lider wyrzucający do kosza wyroki sądów a niezależnych sędziów zsyłający na głęboką prowincję (w tym przecież specjalizował się w czasach komuny sędzia Andrzej Kryże – pamiętny wiceminister sprawiedliwości w rządzie PiS).
On - bezwzględnie egzekwujący długi PSL wobec państwa – ale umarzający sam sobie, swojej partii, długi wobec Polski - jak umorzył rząd Kaczyńskiego, partii Porozumienie Centrum Kaczyńskiego, za pośrednictwem swojego Ministra Skarbu, zaufanego SB, pracownika aparatu komuny, Wojciecha Jasińskiego.
Słuchałam, jak się odgrażał, że zrobi porządek z sądami.
I był w tym autentyczny. Tak samo autentyczny, jak wtedy, gdy opowiadał brednie i androny o tym, jak powinno funkcjonować państwo, gdy prezentował swoje chore pomysły, polegające głównie na sprzeciwie, na buchającej nienawiści, lodowatej wściekłości wobec Donalda Tuska i pracy obecnego rządu.
Widzę, jak autentyczną buduje armię z kiboli, bezwzględnych, tępogłowych, gotowych do bicia i kopania ludzi uznanych za przynależących do gorszej kategorii Polaków. To właśnie żulia stadionowa ma stać wzorcem patriotyzmu w pisowskiej Polsce.
Jest takie pojęcie: lider uwielbienia. To postać w niektórych kościołach protestanckich prowadząca nabożeństwa, których celem jest wyrażanie w okrzykach i śpiewie, w zorganizowanej formie, wiodącej aż do ekstazy, uwielbienia dla Boga.
Jeśli Kaczyński jest liderem – to jest właśnie takim liderem uwielbienia, z tym, że kult, owo uwielbienie, kończą się na ekstatycznych okrzykach wiernych jedynie jego własnego kościoła: Jarosław…Jarosław…Jarosław…
I jak echo zamierzchłej przeszłości odzywają się takie same ekstatyczne okrzyki wznoszone podczas pamiętnych akademii ku czci…Stalin…Stalin… Stalin… a potem….Wiesław…Wiesław… Wiesław….
I tylko tyle, że wtedy nie używano określenia: lider.
Wszystko to razem wziąwszy, dziesięć dni przed wyborami, jest bardzo optymistyczne.
Dla ludzi, którzy przeżyli wszystkie lata komuny w Polsce - jest oczywiste, ze historia nie może się powtórzyć.
Szkoda jedynie tego młodego dębu….ale jakieś ofiary szaleństwa muszą być.
Ząb zupa dąb...


Komentarze
Pokaż komentarze (289)