Stare łacińskie powiedzenie, qui tacet, consentit (milczenie jest znakiem zgody) jako pierwszy wprowadził do debaty o współczesnej Rosji Wilhelm Konnander komentując zabójstwo Anny Politkowskiej. Wydaje się ono równie adekwatnym opisem dzisiejszej sytuacji. Kraje Zachodu uparcie milczą na temat losu umierającego rosyjskiego więźnia Wasilija Aleksaniana. Więcej o jego sprawie możecie przeczytać tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.
Dlaczego nikt nie mówi o człowieku, który jest nieszczęśliwą ofiarą niesprawiedliwości Kremla? To pytanie często powtarza się w komentarzach do sprawy. Mam oczywiście wyjaśnienie tego problemu, ale w pełni podzielam oburzenie i niedowierzanie komentatorów.
Przyjrzyjcie się faktom: Aleksanian spędził dwa lata w areszcie śledczym bez wyroku sądu, odmówiono mu niezbędnego leczenia ciężkiej choroby (prokuratorzy nielegalnie (!) przekazali mediom, że spowodował ją wirus HIV), a możliwość podjęcia terapii uzależniono od złożenia przez chorego fałszywych zeznań obciążających Michaiła Chodorkowskiego i innych oskarżonych w sprawie Jukosu. Warto przy tym pamiętać, że Federacja Rosyjska zignorowała trzy orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który nakazał udzielenie więźniowi pomocy.
Więzień balansuje granicy śmierci, a mimo to oprócz mało rozpowszechnionej notki Amnesty International z 18 stycznia, prawie nikt w Europie czy Ameryce Północnej nie wypowiedział się w jego obronie. Powstaje więc proste pytanie: dlaczego?
Trzeba docenić sukces rosyjskiej strategii w tłumieniu krytyki wobec tej i innych spraw. Przede wszystkim warto zauważyć, że prokuratorzy i sędziowie zgodnie z instrukcjami przyspieszają proces i podejmują decyzje w rekordowym, jak na ich obyczaje, czasie. Maskują w ten sposób tortury i powolne morderstwo Aleksaniana. Mają przy tym nadzieję na zdyskredytowanie Chodorkowskiego, jako że umierający więzień odmawia obciążenia go w zamian za uratowanie życia. Zachęceni doświadczeniami z przeszłości prokuratorzy wierzą, że jeśli uda im się osiągnąć jakikolwiek wyrok skazujący, ten pozór praworządności uspokoi sumienie Brukseli.
Nie dajcie się oszukać. Najnowsza wiadomość w sprawie: u Aleksaniana zdiagnozowano ciężką białaczkę, a rosyjski sędzia odmówił przeniesienia go do cywilnego szpitala, bo „obrona nie dostarczyła dowodów, że Aleksanian cierpi na śmiertelną chorobę”. W uzasadnieniu pominięto fakt, że obrońcy nie mieli szans przedstawienia jakichkolwiek dowodów. Witajcie na kolejnym procesie pokazowym.
Ciszę wokół sprawy wyjaśnia częściowo fakt, że Moskwa inwestuje większe niż kiedykolwiek środki w zatrudnienie specjalistów od PR-u w zachodnich stolicach (ktoś powinien im uświadomić, że zmiana prowadzonej polityki byłaby znacznie tańsza). Z rozmów z dziennikarzami w Londynie i Waszyngtonie wiem, że pracujący dla Kremla ludzie coraz mocniej naciskają na właścicieli mediów i reklamodawców w kwestii „równowagi” w relacjonowaniu wiadomości z Rosji. Najnowszym przykładem kupowania fałszywych informacji może być specjalny dodatek do zeszłotygodniowego Washington Post.
Oczywiście znacznie skuteczniejsi od opłacanych agencji są bezpłatni lobbyści, którzy agresywnie promują rosyjskie interesy na Zachodzie - wielkie korporacje, które albo negocjują umowy z Gazpromem i Federacją Rosyjską, albo je już podpisały. Spójrzcie tylko na Petro – Kanada, o którym mówiłem podczas wizyty w Calgary i Toronto. Jak na dłoni widać korzyści, jakie przynosi Rosji przeciąganie, najdłużej jak to możliwe, podpisania umowy energetycznej z Kanadyjczykami. Ogromny nacisk korporacji uniemożliwia w tej chwili przedstawicielom władz wypowiedzenie złego słowa pod adresem Moskwy. Podobną presję wywierają zapewne Eni na Prodiego, E.ON na Niemców, Total na Sarkozy’ego, czy Gasunie na Holendrów.
Wielkie kontrakty energetyczne Gazpromu i Rosnieftu okazały się niezwykle skuteczną bronią w uciszaniu wszelkich dyskusji o prawach człowieka w Rosji. Jednak ostatnio pojawił się nowy problem – dlaczego o sytuacji Wasilija Aleksaniana milczą nawet niezależne od interesów gospodarczych organizacje pozarządowe broniące praw człowieka? Na to pytanie znacznie trudniej znaleźć dobrą odpowiedź. Od wielu lat problem łamania praw więzionych pracowników Jukosu budzi nieuzasadnione uprzedzenia i sceptycyzm. Obrońcy praw człowieka doszli widocznie do wniosku, że jeśli ktoś odniósł oszałamiający sukces w biznesie, nie może być pełnoprawną ofiarą łamania praw człowieka. Wizerunek szefów Jukosu nie pasuje do ich obrazu ofiary.
Ta postawa zmieniła się jednak znacząco na przestrzeni lat. Do grupy adwokatów Jukosu należy znana obrończyni praw człowieka Karina Moskalenko. Ona sama miała kiedyś wątpliwości, czy sprawa faktycznie jest polityczna, które ostatecznie rozwiało niekończące się nękanie jej i jej współpracowników. Na własnej skórze odczuli oni w związku z tą sprawą prześladowania władz. Teraz Moskalenko jest jednym z najostrzejszych krytyków nadużyć rosyjskiego rządu wobec Chodorkowskiego i Jukosu. Domaga się też, by międzynarodowe organizacje pozarządowe poświęciły sprawie więcej uwagi.
Kolejną starą zagrywką, Kremla wobec obrońców praw człowieka, jest retoryka “podwójnych standardów”. Ciągle powtarzają się komentarze, że atakowanie Rosji za złe traktowanie więźniów jest obłudne i niesprawiedliwe, jeśli w tym samym czasie republikańscy kandydaci na prezydenta USA kłócą się o to, który z nich bardziej popiera używanie podtapiania jako metody przesłuchań i powiększenie bazy w Guantanamo. (Mieliśmy przykład takich zapisów na S24 we wpisach Jacka Michała). Cała ta mitologia „podwójnych standardów” ma źródło w bezmyślnym i źle pojętym relatywizmie moralnym. Zgodnie z tą logiką skoro Stany Zjednoczone i Europa mają problemy, to nic co robi Rosja nie może być złe.
Jedna z grup broniących praw człowieka postanowiła się ostatnio skoncentrować na tym chwycie retorycznym i zamiast atakować rządy, które łamią te prawa, uderza w hipokryzję ludzi, którzy popierają i legitymizują działania opresyjnych państw. Tylko wtedy, gdy stanie się jasne, że współwinni przestępstw są wszyscy, którzy przymykają na nie oczy, mamy szansę poczynić jakieś postępy. Human Rights Watch, które nie wypowiedziało się jeszcze w sprawie Wasilija Aleksaniana (mamy nadzieję, że zrobią to wkrótce), zasługuje na duże uznanie za tę nową strategię obrony praw człowieka na arenie międzynarodowej.
Podsumowując – jeśli zasada „milczenie jest znakiem zgody” rzeczywiście obowiązuje, to tylko nieliczni mogą czuć się bez winy. Czas zabrać głos w obronie ludzkiej godności.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)