Julia Latynina w tekście opublikowanym niedawno w The Moscow Times zauważa, że Rosja straciła zdolność generowania skandali i radzenia sobie z nimi. W podporządkowanych rządzącym mediach nie słychać już o naruszeniach prawa czy innych szokujących „niespodziankach” ze strony wysokich rangą urzędników. Nie znaczy to bynajmniej, że w Rosji przestało dziś dochodzić do nadużyć – przeciwnie, było ich wiele już w czasach Jelcyna, a w erze Putina sytuacja tylko się pogorszyła. Julia wskazuje na przykład Anatolia Czubajsa, który przyjął 90 tysięcy dolarów „zaliczki” na poczet przyszłej publikacji książki od wydawnictwa będącego własnością Oneksimbanku Władimira Potanina. Wypłata zaliczki dziwnym trafem zbiegła się ze zwycięstwem banku w przetargu prywatyzacyjnego, którego stawką było 25% udziałów w Swjazinwescie. Kiedy sprawa wyszła na jaw zbulwersowane media i opinia publiczna zmusiły Czubajsa do rezygnacji ze stanowiska.
Autorka twierdzi, że dzisiaj administracja Putina idzie na wiele wartych miliony dolarów układów typu quid pro quo, ale żadne z tego typu działań nie wywołuje nawet cienia skandalu. Za czasów Jelcyna prokuratura (kierowana wówczas przez sprytnie usuniętego przez Putina Jurija Skuratowa) prowadziła szeroko zakrojone śledztwo w związku z domniemanymi łapówkami zainkasowanymi przez urzędników przy okazji planów renowacji Kremla. Obecnie takie dochodzenie nie jest w ogóle do pomyślenia.
Zdaniem Julii cała ta sytuacja wiąże się bezpośrednio z wizerunkiem, jaki sprzedają światu i własnej publiczności służby prasowe Putina – obecny prezydent wyciągnął kraj z chaosu i uratował go przed korupcją, która kwitła za rządów Jelcyna. „Sama myśl, że któryś z przedstawicieli obecnej elity mógłby stać się przedmiotem publicznej krytyki albo zostać zmuszony do ustąpienia z powodu popełnionych przestępstw, wydaje się zła, a nawet perfidnie oszukańcza.
Transparencja i otwarta krytyka są dla dzisiejszych władz jak światło dla wampira. Boją się go, chwalą się jak wiele zrobili by zgasić lampy i szczelnie zasłonić wszystkie okna”.
Cały ten wywód podsuwa mi interesujący pomysł – może to właśnie wolność prasy, a zwłaszcza możliwość nieskrępowanego działania dziennikarzy śledczych, którzy wyciągają na światło dzienne obrzydliwe skandale, powinny się stać kryterium oceny pracy administracji prezydenta Miedwiediewa. Dla większości krajów skandale korupcyjne i ujawnianie innych nadużyć władzy oznaczają pogorszenie sytuacji politycznej. W Rosji powrót spektakularnych skandali na czołówki gazet byłby dobrą wróżbą, znakiem, że uśpiona czwarta władza zaczyna się znowu budzić do życia.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)