![]()
Dimitrij Miedwiediew i Hu Jintao podczas dzisiejszego spotkania w Pekinie (zdjęcie AP)
Prasa wiele napisała o symbolicznym znaczeniu faktu, że na cel swojej pierwszej wizyty zagranicznej Dimitrij Miedwiediew wybrał Azję, a nie którąś ze stolic europejskich. „Podróż Miedwiediewa na Wschód to sygnał dla Zachodu” czytamy na pierwszej stronie Financial Times. AP donosi, że wizyta w Chinach „dowodzi, że obu potęgom udało się zakopać topór wojenny z czasów Zimnej Wojny i zbudować strategiczne partnerstwo, które ma się stać przeciwwagą dla dominacji Stanów Zjednoczonych”. Z kolei RFE/RL w dość podobnej analizie cytuje Maszę Lipman, która twierdzi, że Rosja chce w ten sposób powiedzieć światu: „nie spieszy nam się na Zachód, by przedstawić tam Miedwiediewa jako nowego twórcę polityki zagranicznej”.
Ze wszystkimi tymi konkluzjami można by się właściwie zgodzić. Jest tylko jedno ale – czy nie wyrażają ich ci sami dziennikarze, którzy dziesiątki razy powtarzali ostatnio, że Miedwiediew nie ma żadnej realnej władzy, że za sznurki ciągle pociąga Władimir Putin? Czy nie należałoby więc raczej zainteresować tym, gdzie pierwszą wizytę złoży nowy premier? Może więc cała ta dyskusja dowodzi słuszności opinii, którą próbuję przeforsować od jakiegoś czasu – nowy prezydent Rosji jednak się liczy.
Wracając do meritum – cała sprawa wygląda na kolejną sprytną sztuczkę Kremla. Romans Rosji z Chinami wyraźnie obliczony jest na wzbudzenie zazdrości Europy. Wiele razy byliśmy już świadkami pokazowych gestów przyjaźni między Moskwą a Pekinem – wystarczy przypomnieć sprawę Szanghajskiej Organizacji Współpracy, za którą, jak się później okazało, stało niewiele konkretów (spójrzcie choćby na brak postępu w kwestii projektu rurociągu Wschodnia Syberia – Pacyfik). W rzeczywistości relacje między oboma krajami wciąż charakteryzuje raczej wzajemna nieufność. Najwyraźniej potrzeba czegoś więcej niż wspólna niechęć do kolorowych rewolucji, by zbudować trwały sojusz zdolny zastąpić stosunki z państwami Zachodu, które jak już wiadomo są gotowe płacić znacznie wyższe stawki za gaz, które znacznie łatwiej skłócić i rozgrywać przeciwko sobie.
Adresatem tego gestu są najprawdopodobniej Niemcy, gdzie Miedwiediew wybiera się za miesiąc, stawiając tym samym Berlin na „drugim miejscu” swojej listy priorytetów (swoją drogą czy na głowę Franka Waltera Steinmeiera nie powinny spaść za to gromy?). Gdybym był na miejscu rządu kanclerz Merkel, ewentualność wstrzymania przez Gazprom dostaw do Europy i przeniesienia ich do Chin martwiłaby mnie znacznie mniej, niż rosyjskie wysiłki dyplomatyczne w Kazachstanie, który Moskwa za wszelką cenę chce powstrzymać przed przyłączeniem się do projektu Nabucco.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)