Andriej Niekrasow z wdową po zamordowanym Aleksandrze Litwinienko Mariną podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes (zdjęcie AFP)
[Autor tekstu Andriej Niekrasow jest reżyserem filmu "Bunt. Sprawa Litwienienki", który w zeszłym roku mogliśmy oglądać w polskich kinach. Obraz miał wczoraj premierę w Wielkiej Brytanii.]
W zeszłym roku brytyjska prokuratura wskazała podejrzanego o morderstwo Aleksandra Litwinienki. Był to istotny moment dla osób zaangażowanych w sprawę i nią zainteresowanych; akt oskarżenia uprawomocnił podejrzenia wobec rosyjskiego państwowego aparatu bezpieczeństwa, jakie pojawiły się sześć miesięcy wcześniej po spektakularnej śmierci Litwinienki. Dla mnie osobiście ważne było to, że ogłoszenie podejrzanym byłego oficera KGB, Andrieja Ługowoja zbiegło się z nieoczekiwanym włączeniem mojego filmu dokumentalnego o Litwinience do głównego programu festiwalu w Cannes.
Ten zbieg okoliczności bardzo zyskuje na znaczeniu w gorącej atmosferze, jaka panuje w Rosji wokół sprawy Litwinienki. Zdaniem niektórych komentatorów istnieje nawet międzynarodowy spisek brytyjskiego establishmentu politycznego i francuskich elit kulturalnych przeciw Rosji, próbującej odzyskać pozycję światowej potęgi. Jedni twierdzili, że ten „antyrosyjski” film w Cannes jest wyrazem ostrego stosunku nowego francuskiego prezydenta wobec Rosji; inni, że ten „antyputinowski materiał propagandowy” pokazano w Cannes z inspiracji przebywającego na wygnaniu potentata, Borysa Bieriezowskiego.
Wszystko to można by uznać za przebrzmiałe brednie, gdyby nie miały one związku z problemem, jaki dziś w mojej ocenie przedstawia sprawa Litwienieki. W pewnym sensie osiągnęła ona impas. Rosja nie zgodzi się na ekstradycję Andrieja Ługowoja, a brytyjski establishment nie chce spekulować o tym, kto mógł za nim stać. Nie wydaje się prawdopodobne, aby sam Ługowoj miał jakikolwiek motyw czy możliwość, aby na własną rękę przeprowadzić tak skomplikowane zatrucie substancjami radioaktywnymi. Jak się w międzyczasie okazało, media same chętnie się nad tym zastanawiały. Dwaj dziennikarze, Brytyjczyk i Amerykanin, stwierdzili ostatnio, że Litwinienko był zaangażowany w przemyt materiałów radioaktywnych. Ich twierdzenia, zawierające wiele sprzeczności i nieścisłości, nie były jednak poparte żadnymi dowodami. Edward Epstein, na przykład, zasugerował w New York Sun, że polon 210, który zabił Litwinienkę, mógł pochodzić z jego dawnych podróży zagranicznych czy z równie starych „zapasów”. Wiadomo jednak, że izotop traci swą radioaktywność już po czterech miesiącach. Mary Dejevsky napisała w The Independent, że według Ługowoja w czasie jego fatalnego w skutkach spotkania z Litwienienką w Hotelu Millenium nie podano herbaty – choć w wielu wywiadach, także w moim filmie, Ługowoj przyznawał, że Litwinienko pił herbatę podczas spotkania. Kwestia herbaty jest istotna, ponieważ sam Litwinienko uważał, że trucizna musiała znaleźć się w herbacie przed jego przybyciem – nalewano ją z imbryka, który znajdował się już na stole gdy przyszedł na spotkanie.
Nie ma potrzeby rozwodzić się nad powodami, dla których różne wersje śmierci Litwienienki noszą znamiona sprawy politycznej. Warto jednak przedstawić pojawiające się tu paradoksy. Rosyjski rząd kategorycznie zaprzecza, jakoby w morderstwo były zamieszane służby specjalne, a Ługowoj z oburzeniem odrzuca brytyjskie oskarżenia. Oskarża za to przebywającego w Londynie Bieriezowskiego, a nawet brytyjskie służby specjalne o otrucie Litwienieki, który niegdyś współpracował z nim jako oficer KGB. Tak wygląda sprawa na arenie międzynarodowej. Natomiast w Rosji robi się wszystko, aby przedstawić Litwinienkę jako zdrajcę, wroga, sojusznika islamskich terrorystów i pomocnika zatwardziałego prowokatora akcji przeciw Putinowi, Bieriezowskiego. Zgodnie ze współczesną rosyjską etyką takie oskarżenia mogłyby skłonić jakiegoś patriotycznego zapaleńca do wykonania wyroku śmierci. Nic więc dziwnego, że Ługowoj – zupełnie nieznany przed sprawą Litwinienki – zrobił tak zawrotną karierę polityczną.
Podstawowy problem postawy Zachodu wobec Rosji polega obecnie na tym, że od upadku Imperium Sowieckiego nie wypracowano żadnego kodu, który służyłby zrozumieniu kultury postsowieckiej, nie mającej więcej wspólnego z wartościami demokratycznymi niż sowiecki komunizm. Ksenofobiczny i skrajnie imperialistyczny język, który pasowałby do nazistowskich przemówień, stanowi teraz stały element rosyjskiego mainstreamu politycznego i ideologicznego. Charakteryzuje on szczególnie ultra-nacjonalistyczną Liberalno-Demokratyczną Partię Rosji Władimira Żyrynowskiego (sojusznika rządzącej Jednej Rosji), która dała Ługowojowi polityczny parasol przed wyborami. Na arenie międzynarodowej rosyjscy przywódcy i ich zachodni przyjaciele, tacy jak były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, utrzymują, że Rosja jest krajem demokratycznym. Jednak rosyjski establishment kulturalny propaguje ideę głębokiego rozczarowania Rosjan demokracją i jawnie wspiera autorytaryzm.
Wśród zachodnich obserwatorów Rosji są i tacy, którzy uważają, że choć Rosja nie jest w pełni demokratyczna w zachodnim rozumieniu tego słowa, to powinno się ją oceniać w odrębnych kategoriach i zgodnie z tym uznać, że od czasów sowieckich i od rządów Jelcyna Rosja poczyniła wyraźny postęp. Jednak w praktyce osądzanie Rosji „w odrębnych kategoriach” to stosowanie zaniżonych kryteriów do poziomu życia Rosjan i odmawianie większości z nich empatii, jaka im się należy według zasad współczesnego humanitaryzmu. Wiele osób powie, że Rosjanom żyje się teraz lepiej. Jednak jako Rosjanin mogę zapewnić, że teoretyczne porównania do czasów sowieckich i epoki Jelcyna nie łagodzą wcale codziennych problemów materialnych i cierpień moralnych zwykłych Rosjan, w obliczu których większość ludzi na Zachodzie stanęłaby do walki.
W Moskwie, która jest najprawdopodobniej najdroższym miastem świata, 20 procent obywateli żyje za mniej niż 90 funtów miesięcznie (według rządu „minimalną stawkę potrzebną do przeżycia”) – a są to oficjalne statystyki, i to dotyczące tylko Rosji. Inne są znacznie bliższe prawdy – połowa rosyjskiej populacji żyje w warunkach, które na zachodzie określa się jako skrajną nędzę. Chyba jeszcze gorsze jest poczucie absolutnej arbitralności władzy skorumpowanej biurokracji, która od czasów Jelcyna znacznie się pogorszyła i która jest częścią przeprowadzonego przez Putina zniszczenia postkomunistycznych swobód obywatelskich.
Takie definicje, jak „na swój sposób demokratyczny” to mydlenie sobie oczu, które pozwala wielu zachodnim obserwatorom bezkrytycznie wierzyć autorytarnej propagandzie. Znamienne jest to, że współczesny rosyjski establishment posługuje się sloganami z czasów stalinowskich czystek by opisać dzisiejszy wątpliwy optymizm: "Życie stało się lepsze, życie stało się weselsze”. Głównym zadaniem oficjalnych rosyjskich ideologów, takich jak Władysław Surkow, było ukucie pojęcia specyficznie rosyjskiej demokracji („demokracji niezależnej”) i głównym praktycznym elementem tego projektu było zduszenie za pomocą cenzury jakiejkolwiek wolnej dyskusji na ten temat.
Pojęcie „szczególnej rosyjskiej demokracji” opiera się na paradoksalnym założeniu, że większości Rosjan nie obchodzą rządy większościowe. Ufanie w tej kwestii rosyjskim władzom jest nie tylko naiwne, ale i aroganckie i niedemokratyczne. Zachód musi sięgnąć do swoich doświadczeń historycznych i zwykłej logiki, aby odmówić idei „innej demokracji” jakiegokolwiek poważania. Autorytarni oligarchowie nie maja żadnego prawa wypowiadać się w imieniu całej Rosji dopóki w paranoidalnym stopniu kontrolują krajowe media, kulturę i interpretację historii. Dlatego właśnie mylą się osoby, które odbierają sprawę Litwinienki w kontekście domniemanej nowej zimnej wojny między jednakowo winnymi przeciwnikami. Dostrzeganie tego, że brak prawdziwej demokracji w Rosji jest odpowiedzialny za olbrzymią korupcję i klęskę praworządności prowadzące do epidemii morderstw politycznych i grabieży dokonywanej przez państwo na swych obywatelach nie świadczy wcale o uprzedzeniach wobec Rosji. Przeciwnie, oznacza to troskę o Rosjan. Taka jest właśnie istota sprawy Litwinienki.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)