Sugestie Millera idą znacznie dalej niż najbardziej ryzykowne przewidywania ekspertów, takie jak teoria Goldmana Sacha, który wróży „super szczyt” zapotrzebowania na ropę, który miałby jego zdaniem wywindować ceny surowca do 200 dolarów za baryłkę. Wielu obserwatorów przewiduje raczej okresowe wzrosty w przedziale 150 – 200 dolarów, inni prognozują pęknięcie bańki cenowej i spadek wartości surowca do 115 dolarów za baryłę.
Blef Gazpromu już dziś wywołuje ostre reakcje.
Peter Sutherland z BP odrzuca te “apokaliptyczne” prognozy i dodaje, że nie wierzy też w nadejście szczytu zapotrzebowania. Jeden z komentatorów sugeruje, że Miller jako przedstawiciel monopolisty energetycznego próbuje celowo podgrzać atmosferę na rynku ropy, a „jego przewidywania wzrostu cen o prawie 45% przed końcem roku trzeba traktować z przymrużeniem oka. (…) 250 dolarów za baryłkę to liczba zupełnie wydumana, nawet zakładając wzrost zapotrzebowania Chin i Indii połączony z ograniczeniem zapasów". Rynki w Wielkiej Brytanii wydają się stać na skraju paniki.
Kiedy Goldman Sachs prezentował koncepcje Arjun Murtiego o szczycie zapotrzebowania, popierał przynajmniej swoje argumenty danymi statystycznymi. Nie zapominajmy też, że jest to ten sam człowiek, który już w 2005 przewidywał skok cen do 105 dolarów.
Kiedy Aleksie Miller rzucił myśl o 250 dolarach za baryłkę nie przedstawił żadnych statystyk, wykresów, czy innych podstaw swoich przypuszczeń. Wall Street Journal donosi, że na spotkaniu z przedstawicielami Gazpromu inwestorzy nie dostali prawie żadnych dokumentów dotyczących planów finansowych i biznesowych firmy czy jej przyszłej strategii.
Należę do grupy, która uważa przewidywania typu 250, a nawet 200 dolarów za baryłkę, za blef. Przede wszystkim już teraz widać znaki uspokojenia wzrostu zapotrzebowania. Nawet znani z miłości do SUVów Amerykanie zaczynają zmieniać nawyki konsumpcyjne i szukać sposobów na ograniczenie zużycia paliwa. Amerykańska Agencja Energii i Międzynarodowa Agencja Energii już dziś zmniejszają prognozy dotyczące zapotrzebowania na ropę.
Oczywiście jest kilka czynników, które wciąż napędzają ceny czarnego złota. Należą do nich spadek wartości dolara, rezerwy OPEC, czy szalejąca spekulacja w wykonaniu banków. Nasz ekspert energetyczny Derek Brower (z którym zdarza mi się nie zgadzać) szczegółowo analizuje ostatnie skoki cen i dochodzi do wniosku, że problemy nie biorą się bynajmniej z braku zasobów. Bez względu zatem na to jak bardzo wzrośnie zapotrzebowanie w Indiach czy Chinach, wciąż będziemy mieli wystarczająco dużo surowca, by je zaspokoić (na przykład z nowego gigantycznego pola w Brazylii).
W wypowiedzi Millera uderza jednak nie to, jak łatwo można mu udowodnić błąd, ale raczej moment, jaki szef Gazpromu wybrał, by wystawić na próbę nerwy konsumentów. Wzrosty cen paliw i tak doprowadzają już teraz obywateli wielu krajów na skraj protestów i panicznego skupu benzyny. Rząd w Madrycie musiał wprowadzić w życie kryzysowy plan dostaw energii w związku ze strajkiem kierowców ciężarówek. Niezadowolenie społeczne może łatwo prowadzić do kryzysów politycznych.
W chwili gdy szefowie prywatnych firm energetycznych starają się zdusić pogłoski o kryzysie i cieszyć się wysokimi zarobkami, alarmistyczne wypowiedzi Aleksieja Millera wydają się zagraniem obliczonym na reakcję zagranicznych partnerów i konsumentów. Stanowią także jasną ilustrację powodów, dla których Gazprom spotyka się w Europie i poza nią z dużymi oporami i nie będzie nigdy traktowany jak zwykły dostawca energii. Właśnie w takich chwilach rozumiemy dokładnie, dlaczego Rosja nigdy nie zyska na Zachodzie pełnego zaufania jako partner energetyczny.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)