![]()
Andriej Arszawin po wczorajszym przegranym meczu, zdjęcie AP
Koniec zwycięskiej passy Rosji... przynajmniej na razie. Półfinał Euro 2008 między Rosją a Hiszpanią przypominał powtórkę sromotnej porażki, jakiej reprezentacja doznała w meczu grupowym dwa tygodnie wcześniej. Do wczoraj jednak Rosja cieszyła się serią międzynarodowych zwycięstw - od triumfu Zenitu Petersburg, przez sukces w Eurowizji do pokonania świetnej drużyny Holandii w ćwierćfinale Mistrzostw. Sam kibicowałem Rosjanom i podzielam ich rozczarowanie. Jednak półfinał Mistrzostw Europy to z pewnością nie powód do załamania.
Ważna wiadomość dla Hiszpanów: Madryt może w tym roku czekać wyjątkowo chłodna zima, jeśli Gazprom postanowi w odwecie za porażkę odciąć dostawy ropy i gazu na półwysep Iberyjski.
Historyczny wynik drużyny prowadzonej przez słynnego holenderskiego trenera Guusa Hiddinka przykuł uwagę opinii publicznej i z pewnością zainteresował także Kreml. Pisaliśmy już kiedyś o tym, jak państwo wykorzystuje wielkie imprezy sportowe do celów politycznych. New Republic opublikowała wczoraj interesujący artykuł o tym jak rosyjscy politycy stają na głowie, by wyciągnąć co tylko się da z sukcesu drużyny – oto sportowy nacjonalizm w swoim najlepszym, putinowskim wydaniu.
Fragment tekstu New Republic:
Żeby zrozumieć sukces rosyjskiej drużyny trzeba przyjrzeć się przede wszystkim jej holenderskiemu trenerowi, Guusowi Hiddinkowi. To jeden z najbardziej cenionych specjalistów w piłkarskim świecie, który ma koncie wielkie osiągnięcia z drużynami Holandii, Korei i Australii w trzech kolejnych Mistrzostwach Świata. Kiedy w 2006 roku wygasł kontrakt Hiddinka z Australią, do jego drzwi ustawiła się kolejka narodowych federacji piłkarskich, wśród których znaleźli się tacy tytani jak Anglia, nieprzyzwyczajeni do odmów. Rosja przebiła wszystkie oferty, bo tylko za Moskwą stali milionerzy zmuszeni finansować rozwój krajowego sportu. Pensję Hiddinka, który rocznie zarabia 4 miliony dolarów, płaci magnat naftowy Roman Abramowicz, który co roku inwestuje w sumie 55 milionów dolarów (czyli więcej niż wynosi budżet narodowej federacji piłkarskiej) płacąc piłkarzom, trenerom i finansując budowę obiektów piłkarskich w Rosji.
Abramowicz nie wykłada bynajmniej tych pieniędzy z czystej dobroci serca. To część jego milczącego układu z Kremlem, dzięki któremu Abramowicz i jemu podobni uniknęli losu, jaki spotkał innego milionera Michaiła Chodorkowskiego, który wzbogacił się bardziej, niż chciał tego Putin. Rosji przyznano przywilej organizacji zimowej Olimpiady w 2014 roku w czarnomorskim kurorcie Soczi głównie dzięki staraniom aluminiowego barona Olega Deripaski, który finansuje budowy związane z imprezą. „Putin krok po kroku odbiera oligarchom ich majątki i zmusza ich do inwestowania gigantycznych pieniędzy w Rosję, w tym także w rosyjską piłkę” powiedział The Observer Jim Riordan, były profesor angielskiego University of Bradford i ekspert w kwestii rosyjskiego sportu. „Gdyby odmówili groziłaby im nie tylko utrata majątków. W najgorszym wypadku mogliby skończyć na dnie Wołgi”.
To rozumowanie wyjaśnia, dlaczego Abramowicz nie zatrudnił Hiddinka w swoim ukochanym londyńskim klubie Chelsea, który latem zeszłego roku także poszukiwał trenera. Jedyne czego Abramowicz pragnie bardziej od tytułu zwycięzcy Ligi Mistrzów dla Chelsea, to trzymać się jak najdalej od czarnej listy wrogów Putina.
Wpływy Kremla rozciągają się też na samych piłkarzy. Andriej Arszawin, fantastycznie utalentowany napastnik, który odegrał kluczową rolę w zwycięstwie w ćwierćfinale z Holandią, to radny Petersburga z ramienia Jednej Rosji. Kiedyś sportowcy, którzy spędzali dużo czasu na Zachodzie, byli ważną częścią ruchów liberalnych w byłym bloku radzieckim. Szachowy mistrz Garri Kasparow przewodzi dziś opozycji demokratycznej, a niezwykle popularny w rodzinnej Serbii były gwiazdor NBA Vlad Divać bardzo pomógł w 2004 prozachodniemu kandydatowi na prezydenta Borisowi Tadiciowi. Zupełnie inaczej jest z młodymi rosyjskimi sportowcami – trudno wyobrazić sobie kogokolwiek, kto zajmuje się zawodowo sportem i jednocześnie wypowiada się krytycznie o rządach Putina.
Wydaje się też mało prawdopodobne, że ten stan rzeczy ulegnie w najbliższej przyszłości zmianie. Zazwyczaj gracz, który tak jak Arszawin zabłysnął na międzynarodowym turnieju, wyjeżdża skuszony lukratywnym kontraktem z klubem z Hiszpanii, Anglii czy Włoch. Oczywiście Arszawin może zdecydować się na wyjazd, ale na pewno nie z powodów finansowych – w Zenicie Petersburg zarabia 100 tysięcy dolarów tygodniowo, a biorąc pod uwagę, że drużynę finansuje państwowy monopolista Gazprom, klub może podnieść jego wynagrodzenie gdy tylko zajdzie taka potrzeba. „Chce grać w Barcelonie, ale nie sądzę, by mogli mu tam zapewnić pensję wyższą od tej, którą ma obecnie” wypalił minister sportu Witalij Mutko. Niedługo może się okazać, że zachodnie ligi przestaną być dla rosyjskich piłkarzy atrakcyjne nawet ze względów prestiżowych. W ostatnich czterech latach dwa rosyjskie kluby sięgnęły po puchar UEFA, a w rosyjska liga awansowała w tym czasie z 15 na szóste miejsce w rankingu lig europejskich. Jej pozycja ciągle się zresztą poprawia. Podobne zjawisko obserwujemy też w innych sportach. Finansowana przez Gazprom nowa rosyjska liga hokeja zaproponowała gwieździe Pittsburgh Penguins Jewgienijowi Malkinowi rekordową sumę 15 milionów dolarów, by skłonić go do powrotu do ojczyzny.
Nie należy rzecz jasna widzieć renesansu rosyjskiego sportu w zupełnie czarnych kolorach. Autorytarny petrostan może inwestować pieniądze w znacznie gorsze rzeczy. Trudno też odmawiać 140-stomilionowemu państwu prawa do marzeń o sportowych zwycięstwach. Powinniśmy się też cieszyć, że w przeciwieństwie do władzy talent sportowy nie jest zjawiskiem zero-jedynkowym. W tym politycznym kontekście trudno jednak nie sympatyzować ze sportowymi przeciwnikami Rosjan…


Komentarze
Pokaż komentarze (4)