Po zwycięskich wyborach Platforma Obywatelska znalazła się w pułapce. Żeby Bronisław Komorowski mógł zostać prezydentem, musiała składać hojnie obietnice. Nawet jeśli szacunki przewyższające 30 miliardów złotych są przesadzone, to i tak mowa o miliardach, a nie milionach. A wielki i rosnący deficyt sektora finansów publicznych oraz dług publiczny zmuszą rząd do bardzo oszczędnego gospodarowania budżetowymi pieniędzmi. Do tego jeszcze ZUS ogłosił, że deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wyniesie 70 mld złotych (w wariancie niekorzystnym – 83 mld), i jest to deficyt strukturalny, rokrocznie powtarzany. A to kwota równoważna mniej więcej jednej czwartej całego budżetu państwa.
Naprzeciw siebie PO ma bardzo wzmocnioną wynikami J. Kaczyńskiego i G. Napieralskiego, zdeterminowaną opozycję, która nie zawaha się upomnieć o interesy tych, którym naobiecywano. Nie odpuszczą.
Razem z sobą Platforma ma koalicjanta z podciętymi 20 czerwca skrzydłami. Jeśli PSL nie zamanifestuje głośno swojej odrębności, zaryzykuje zejściem ze sceny parlamentarnej. A nakłaniać ludowców do postulatów socjalnych przecież nie trzeba.
Mam nadzieję, że z drugiej strony na rząd będzie wywierana presja ze strony tych, którzy uznają, że koniec z dolce far niente i że trzeba ostro zabrać się do ratowania państwa i jego finansów. Że powstanie Ruch Niezadowolonych Podatników (takich, którzy płacą podatki, ale uważają, że powinny one być lepiej wydatkowane). To ważne, bo jest wysoce prawdopodobne, że rząd będzie próbował kreatywnej księgowości, aby nie przekroczyć pięćdziesięcioprocentowego progu ostrożnościowego. A ponadto przyjmie taktykę następującą - zaprezentuje strategiczny plan równoważenia finansów publicznych na, dajmy na to, 5 lat, ale jego realizację rozłoży tak, żeby trudne decyzje przypadły po 2011. Co dałoby… 500 dni spokoju do wyborów.
Jeśli taki ruch powstanie - Platforma znajdzie się w kleszczach.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)