Po dzisiejszych porannych reakcjach zgromadzonych na Krakowskim Przedmieściu zaostrzyłem swoje własne stanowisko w tej sprawie. Jestem zdecydowanie przeciwko jakiejkolwiek formie upamiętnienia 10.IV przed Pałacem Prezydenckim (krzyż, pomnik, tablica, cokolwiek). W innych miejscach, owszem. Ale siedziba Prezydenta RP jest miejscem jego pracy, a nie kultu poprzedników.
Czemu katastrofa miałaby być upamiętniona pod Pałacem? Śp. Prezydent Lech Kaczyński już jest uhonorowany najlepiej, jak to było możliwe - na Wawelu. Ewentualnie można by umieścić jakąś skromną tablicę wewnątrz, najlepiej w pałacowej kaplicy.
Przecież gołym okiem widać, że chodzi o coś zupełnie innego, niż pamięć o 96 ofiarach katastrofy. Idzie o umacnianie mitu założycielskiego „nowego PiS”. A raczej – od czasu partyjnych decyzji personalnych Jarosława Kaczyńskiego – o umacnianie nowego mitu założycielskiego (starego jednak) PiS. Zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości są tak zaślepieni (albo dali się wciągnąć w tak gorące emocje dzięki inspiracji partyjnej, via media i publiczne wypowiedzi), że uważają się za bardziej papieskich od Papieża, bardziej chrześcijańskich od całego Kościoła. Uważają, że to oni – a nie nawet najwyżsi hierarchowie – mogą decydować gdzie będzie stał krzyż. Tu nie ma miejsca na kompromisy. I dlatego również druga – że tak powiem – strona sporu na kompromis pójść nie może.


Komentarze
Pokaż komentarze (61)