Oto kilka przykładów:
- PiSu nie byłoby w dzisiejszej polityce, gdybypremier Buzek nie powołał Lecha Kaczyńskiego na ministra sprawiedliwości w 2000 roku, po rozpadzie koalicji AWS/UW. Nominat, szczerze mówiąc, okazał się marnym ministrem i został odwołany przed końcem kadencji. Zdołał jednak stworzyć sobie wizerunek „mocnego szeryfa”, na bazie którego wraz ze swym bratem zbudował Prawo i Sprawiedliwość. Pamiętajmy też, że w tamtym czasie Jarosław Kaczyński odgrywał mniej więcej taką rolę jak dziś Ludwik Dorn: mógł sobie pogadać o TKM, co nie miało jednak żadnego wpływu na rzeczywistość. Wcześniej lider PC roztrwonił pokaźny kapitał polityczny, jaką była jego partia na początku lat dziewięćdziesiątych. Gdyby nie ta jedna nominacja - J. Buzka dla Lecha Kaczyńskiego – polska polityka potoczyłaby się zupełnie inaczej. Prawo i Sprawiedliwość w ogóle by nie powstało.
- Gdyby w 2007 roku Aleksander Kwaśniewski i Jarosław Kaczyński nie „pękli” i nie zgodzili się na debaty z Donaldem Tuskiem, wynik wyborów byłby zasadniczo odmienny: wielu centrolewicowych wyborców wahało się wtedy między oddaniem głosu na PO oraz na LiD. Platformę uznawano generalnie za partię rozmemłaną, a jej lidera – za polityka „w krótkich spodenkach”. Po pierwszej debacie (Kwaśniewski - Kaczyński) sztabowcy PO usilnie zabiegali o debaty z udziałem D. Tuska; przez długi czas – bezskutecznie. W końcu się zgodzono – w przekonaniu łatwego zwycięstwa w debacie; Kaczyński przyszedł nieprzygotowany, Tusk – dokładnie odwrotnie, i wielu wyborców przekonało się, że ten Donald jest wcale wygadanym i medialnym liderem. W dużej mierze to zdecydowało o głosowaniu na PO; tym bardziej, że wcześniej były prezydent dwukrotnie pokazał się pod wpływem wirusa filipińskiego. Dużo tu przypadków! W sumie dały Platformie 41,5%. Gdyby nie one mogłoby zakończyć się tak: PO – ok. 35%, PiS – 32%, LiD – ok. 20%. I pewnie powstałaby koalicja PO-Centrolewica.
- Ostatni przykład – to oczywiście tegoroczne wybory prezydenckie. Gdyby nie katastrofa 10.IV wielu wyborców nie musiałoby się aż tak obawiać powrotu IV RP (Lech Kaczyński – w odróżnieniu od Jarosława – nie był uznawany za groźnego rywala, który mógłby wygrać wybory). Zamiast na Bronisława Komorowskiego, mogliby woleć głosować na Andrzeja Olechowskiego, bez wątpienia kandydata bardziej kompetentnego i lepiej przygotowanego do funkcji prezydenta RP. Gdyby sondaże rozkładały się w miarę równomiernie na 3 kandydatów, można było spodziewać się poparcia A. Olechowskiego przez Włodzimierza Cimoszewicza i dyskretnie Aleksandra Kwaśniewskiego – aby wykluczyć reelekcję urzędującego prezydenta już w pierwszej turze. A gdyby ostatecznie wygrał Olechowski – nie byłby prezydentem żyrandolowym, tylko uważnie patrzyłby rządowi na ręce i motywował go do działania.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)