Przypomniał mi się ten cytat sprzed trzech lat z Romana Giertycha, ówczesnego wicepremiera, kiedy z niedowierzaniem obserwowałem czyny i słowa Jarosława Kaczyńskiego podczas minionego weekendu.
Do tej pory uważałem, że to jest precyzyjnie skalkulowana gra: wywołać ostry spór o krzyż i Smoleńsk, pozwalający na mobilizację twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami samorządowymi. Jak wiadomo, frekwencja w tych wyborach będzie niewysoka, więc wyborcy niezdecydowani, wahający się, nie będą tak istotni jak np. w wyborach prezydenckich. Zapewnienie maksymalnego udziału w głosowaniu „rdzenia”, „jądra” może więc przynieść efekt. A później – przed wyborami parlamentarnymi – jakoś to się odkręci. Cyniczne, ale logiczne.
Jednak wypowiedzi wygłaszane i decyzje podejmowane w ostatnich kilku dniach wydają się trudne do zrozumienia – i zniesienia – nawet dla przekonanych stronników Prezesa. Nawet politycy PiS bronią ich bez przekonania, jakby wstydliwie.
Może to rzeczywiście jest problem psyche Jarosława Kaczyńskiego? Politycy są przecież także ludźmi, na których trauma może odciskać trwały ślad.
Jeżeli to wytłumaczenie jest prawidłowe, ta sytuacja w krótkim czasie będzie miała skutki polityczne. Albo PiS zmieniłoby w sposób kontrolowany swojego przywódcę, albo nastąpiłoby rozproszenie jego elektoratu między partię najbardziej lojalnych towarzyszy Prezesa, utworzoną przez inną część działaczy „szalupę”, Prawicę RP, jakieś ugrupowanie apelujące do wyborców roszczeniowych (może SLD?); może nastąpiłoby zmartwychwstanie LPR. W każdym przypadku w konsekwencji PiS przestałby być dominującą partią na scenie politycznej. Z kolei część wyborców regularnie głosujących na Platformę Obywatelską wyłącznie ze strachu przed recydywą IV RP mogłaby dać się odkleić od PO. I w ten sposób system partyjny mógłby powrócić do bardziej naturalnej dla Polaków wielopodmiotowości.


Komentarze
Pokaż komentarze (59)