Był bowiem marnym prezydentem. Jako pierwszy pełnił ten urząd, przez całą kadencję, po wstąpieniu RP do Unii Europejskiej; zamiast zapewnić Polsce mocną pozycję w UE – wdał się w walkę o rozciągnięcie kompromisu z Joaniny (o którym dziś już nikt nie pamięta), a później w dziwny slalom w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. W konsekwencji znaleźliśmy się na marginesie procesów decyzyjnych w Unii. Wypowiedział „wojnę na dwóch frontach” – przeciw Rosji i Niemcom jednocześnie; na szczęście tylko w przenośni. Wciągnął Polskę w nierealistyczne projekty międzynarodowe.
W polityce krajowej nic po sobie nie pozostawił. No, chyba tylko zdeprecjonowanie urzędu prezydenta Rzeczypospolitej, uznanie jego podporządkowania liderowi partii z największą liczba mandatów w parlamencie.
Nie przypominam sobie żadnego pomnika, w jakimkolwiek mieście, dla jakiegokolwiek polityka polskiego po 1918 roku – z wyjątkiem tych, którzy przyczynili się do odzyskania niepodległości po rozbiorach: Piłsudskiego, Dmowskiego, a także Witosa. Żaden inny prezydent ani premier nie doczekał się takiego uhonorowania. I słusznie, na prawdziwe pomniki, budowane przez wdzięcznych potomnych, przyjdzie czas. A ci, w stosunku do których mocno się w tej kwestii śpieszono – np. Bolesław Bierut, któremu m.in. zafundowano imię huty – przeszli do historii w niesławie.
PS. Do napisania tych refleksji skłoniła mnie nowa fala prób nadawania wydarzeniom innej miary, niż ją miały w rzeczywistości, która nasiliła się 10.10.2010 r.


Komentarze
Pokaż komentarze (81)