Napisano 27 sierpień 2010 - 17:32
Kropi deszczyk i papieros smakował średnio. Jeszcze tylko godzinka i to niecała. Sala pustoszeje powoli i ja niedługo podreptam w stronę domu. Nie bywam tu codziennie, o nie. W przyszłym tygodniu już będzie po wakacjach. Młodzież będzie walczyła o nasze miejsca w sali i to trzeba zrozumieć. Tradycyjne świątynie kultury nadal przecież istnieją, a teatry dają popołudniówki, a taka "Comédie-Française" sprzedaje bilety na galerie (tuz przed spektaklem) po 5€. Tak muszę manewrować, by być te 8 do 10 godzin poza domem. Trzeba być aktywnym, nawet wtedy, gdy nie zmusza nas do tego sytuacja ekonomiczna.
Poza tym muszę (ciągle coś muszę) poprawić mój bilans czerwonych i białych krwinek, coś tam zostało za dużo wymyte przez kawę ?
Powietrze i ruch na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi, na pewno.
Złapałem się na tym, ze zaczynam doskonalić mój system operacyjny, żeby był szybszy i sam wydalał internetowe toksyny, jakieś tam czasowo nietrwale, internetowe fiszki, jakieś niepotrzebne ciasteczka i takie tam bzdury. Po co ?
Ano po to, żebym mógł pracować na sprzęcie jak najdłużej. Pewnie dlatego mój lekarz mnie zrugał, a wszystko przez moja połowicę, która oczywiście z nim kolaboruje. Wchodzę na wizytę kontrolną, a pan doktor o nic nie pyta, tylko mi mówi, ze powinienem ograniczyć palenie, zwiększyć swoją aktywność zewnętrzną, więcej jeść i dac sobie spokój z internetem..i rzucić palenie, oczywista oczywistość !
Szlag mnie trafił, a on za stetoskop, bo się jednak zorientował, ze "sprzedał" moją ślubną Mate Hari.
Po rytualnych manewrach ze znanymi mi przyrządami lekarskimi oraz nie znanymi mi bliżej gadżetami elektronicznymi, pan doktor unosząc znacząco, jak prałat, palec wskazujący do lampy, ostrzegł mnie przed nadmiernymi wzruszeniami.
Niech no tylko moja M. trafi mi się bez sąsiadek.
a domani
Napisano 28 sierpień 2010 - 12:13
To wczorajszy post, lecz nie moglem połączyć się z portalem. Czyżby ta trąba powietrzna ?
I miałaś racje, albo i nie miałaś (moja Muzo). Dylemat ? Ja mam dylemat, ma na imię Dome i jest śliczna.
Domowa Mata Hari spiskuje ze znachorami niczym Catherine de Médicis, aż się po domu rozejrzałem, komputer włączyłem (...) i nomen omen o grzybach czytam. A moja Agryppina mamrocząc zaklęcia w kuchni szykuje strawę wieczorną. Jeszcze kota bacznie zmierzyłem, czy mu z oczu dobrze patrzy, no bo nie ma w domu mojem zstępującego Nerona Luciusza, ale kto wie ?
Szarmancko to nie wygląda, ale lepiej dalej się nie rozwodzić w śliskich tematach.
Film na Arte powtarzają o Françoise Sagan i faktycznie chociaż o celebrytach, na rzeczy jest "Bonjour tristesse". Takie życie konika polnego, a wokół działo się, oj działo. Ten film leci jako główny "clou", przed nim był dodatek iście kinowy o wyspie Capri, raju hedonistow i high society. To wiąże się wszystko w supeł z Jackie Kennedy, Zośką Loren i Barbi wszechsukcesów Brigitte Bardot.
A ja już po mszy, czyli po dîner, który po zajrzeniu we wszystkie miski i półmiski, przyjąłem z westchnieniem ulgi (wywiad nie wykrył grzybów), co z kolei moja Mistrz rondla i patelni przyjęła za jęk zachwytu nad jej kunsztem kulinarnym.
Komedia prawie omyłek, ale prawie, bo było smacznie i sezonowo. Nie będę opisywał, bo to specjalność sprawozdawców i kontrolerów. Oni się lubują w celebrach, mnie wystarczy to co w okopie z manierki razem z piachem ostrzału artyleryjskich niemot (awsze ostrzeliwali wokół i to podczas posiłków, dlatego przegrali).
Ech pył bitewny. A pradziadek szanowny mojej Megiery był bohaterem spod Verdun. Poszedł na wojnę jako 17-sto latek.
Megiera raczy często Towarzystwo opowieścią i to przy deserze, serach i owocach, jak to jej Wielki Przodek zbierając w starczą garść wszystkie swoje medale mawiał do prawnuczek i prawnuków:
"Jak na nie patrzę, to zawsze przypomina mi się pierwszy atak na bagnety i jak ze strachu ( ze zginę ) narobiłem w portki.
Potem już martwiłem się tylko gdzie to goofno wytrzasnąć i dlatego pewnie bylem pierwszy w okopach Boches, żeby kumple z drużyny nie poczuli zapachu >>mojego męstwa<<" - kończył opowieść i śmiał się zawsze pogodnie patrząc na te wszystkie Legie, Krzyże, Wstęgi i ja Go rozumiem, bo Wojna to strach, a nie bohaterszczyzna.
Napisano 30 sierpień 2010 - 11:51
Sobie a Tobie, moja Muzo. Czytasz, to jest mi miło.
Wieje, jak cholera, lecz słońce świeci niezmiennie, a silny wiatr maszeruje Doliną Sekwany, aż od Morza Północnego. Pospacerowałem po Parku Brassensa, popatrzyłem na Rucher Pedagogique i mini-winnicę. Pszczoły poleciały do przedjesiennej pracy przed moją wizytą i zbierają nektar z kwiatów, którymi zasłana jest każda nasłoneczniona polana parkowej przestrzeni.
Siedzę w ciepłym wnętrzu „Au bon coin”, piję cafe alongee i smarując moje pospacerowe wrażenia.
Krzewy winnej latorośli pełne są nabrzmiałych fioletowych gron, wypalikowane kołkami, jakich używało się za moich czasów do prostowania młodych drzewek w polskich ubożuchnych parkach.
Krzaczki stoją w równych rzędach i utrzymują pozycję pionową dzięki stalowym linkom rozciągniętym między palikami. Nie wiem doprawdy co to za odmiana winorośli, lecz przypuszczam, ze to te same winogrona, które uprawiane są przy Sacre Ceur na Mont Cenis paryskiego Montmartru.
Wino z nich jest trochę cierpkie, bo to jednak nie wapniowe podłoże dolin Loary, czy Renu, lecz jednak przyjemnie jest czasami „poczęstować się” z flaszy wyszabrowanej od Mnichów, czy „brassenskich Pedagogów”. Niezła frajda takie paryskie winko, hehe
Stok winnicy parkowej jest południowym, nasłonecznionym zboczem najwyższego wzniesienia w Jardin Brassens, który to park posiada dosyć ciekawą genealogię.
W wieku XVIII założono tu ogrody warzywne z polecenia właścicieli gruntów (kogo ?). Potem pod koniec XIX wieku na skutek narastających potrzeb miasta Paryża, zmieniono profil z wegetariańskiego, na mięsny, zakładając tutaj wielki Abatuar, który był targowiskiem bydła połączonym z ubojnią.
Pamiątką tego okresu są budynki celne przy wejściu północnym, Budynek Gardy na centralnym miejscu, przy stawie z kaczkami i dosyć pompatyczne pomniki byków ustawione na miniłukach tryumfalnych. Obecni parkowicze drwią lekko z owego twórcy posagów, bo mają one dosyć błędnie przedstawione szczegóły anatomiczne i sama formuła owych biednych kuzynów Byczka Fernando, stojących na Lukach tryumfalnych jest dosyć ciężkim dowcipem na temat zwycięstwa obżarstwa nad pięknem przyrody.
W latach '70 XX wieku zerwano z tą dosyć obłudną demonstracją piewców steków i założono Park widokowo-pedagogiczny, przemianowany potem na Park Brassensa, który mieszkał i zakończył swoje życie nieopodal.
Pisanie w Open Office i poprawianie tych wszystkich znaków na polskie jest bardzo upierdliwe i w efekcie można stracić wątek. Jednak wifi nie działa dziś najlepiej, więc ryzyko utraty tekstu zmusiło mnie do skorzystania z tej denerwującej opcji Office.
Czas na papierosa na zewnątrz, co przy wiejącym wietrze może być nawet bohaterszczyzną.
Napisano 31 sierpień 2010 - 13:11
Zajrzałem na forum emigranckie i odnalazłem tam post, który napisała pewna znana purystka. Tamtejszy Admin nie jest bynajmniej porywczy, dlatego jestem pewien, ze mimo napastliwości, szyderstwa i ogólnie zlej woli, post Purystki zostanie nienaruszony, nawet bym sobie tego życzył.
Coz wracając do taniej odmiany filozofii, którą tu niezdarnie uprawiam i niejako pisząc pod wpływem owych purystycznych pseudo azjanizmów.
Siedzę na ławeczce pośród blokowiskowego parku i popatruje na dzieci. Jest na co patrzeć, albowiem wykorzystując pustostan po jakimś padniętym biurze i wychodząc naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu, otworzono małą szkole dla dzieci niedosłyszących i głuchych. O ile pomieszczenia na klasy z łatwością przystosowano dla kilkudziesięciu małych inwalidów, to teren zewnętrzny, boisko i plac zabaw jest jeszcze na deskach projektantów. W związku z tym owe nieszczęsne istoty, spragnione, jak cala reszta malej ludzkości, swobody i świeżego powietrza, korzystają na razie z wydzielonej dla nich części tego małego parku publicznego, lecz wydzielonej umownie, bez zwykłego, szkolnego muru.
Jeśli ktoś widział i słyszał małe dziecko, które będąc głuchym,, dopiero poszło do szkoły, by nauczyć się i "migowac", i zachowywać na tyle normalnie, by ludzie zdrowi przed nim nie uciekali, to wie czym jest dla obecnych, zdrowych mieszkańców budynków wokół parku, kontakt z wydającymi niby małe Tarzany, szokujące dźwięki, głuche, jak pień dzieci.
One artykułują podobnie, jak parę bohaterek i słynny bohater opowieści z pogranicza pure nonsensu
To trudny temat w wypowiedzi, bo łatwo podpaść pod nietolerancje, a nawet wyznawce spartańskich norm obywatelskich (nazwa Skały dla kalek spartańskich i spartańskich emerytów ?).
Jednak w tej chwili dzieci owe hasają, oddzielone kordonem instruktorów od reszty blokowej dzieciarni. Owa reszta łącznie z opiekunkami, matkami i niekiedy swymi ojcami, patrzy z nieukrywanym przerażeniem na te dziwne istoty i ich niezrozumiale zachowanie.
Dla przykładu, by uwydatnić pewna obcość małych inwalidów, opisze kilka dziewczynek, która bawią się prawdopodobnie w lekarza. Jedna z nich, kompletnie głucha i przez brak kontaktu z pozostałymi, kompletnie zagubiona, została „pacjentka” w tej zabawie, jak fajtłapa stawiany jest na szkolnej bramce, zaś pozostałe dziewczynki maja na uszkach aparaciki słuchowe, więc ich porykiwania maja lekko znajome kształty niby slow.
„Lekarki” wyposażone w stetoskopy z patyków dotykają porykując porykująca "pacjentkę", niby Druidzi swoimi dębowymi witkami.
Bardzo często manewrują „stetoskopami" kolo jej oczu, więc czujna instruktorka wyrywa im je co chwila z dziecięcych raczek (co dziwne, "pacjentka" ani razu nie zasłoniła się w obronnym geście przed "badaniem"). Potem na migi i lekko sztucznym głosem osoby, która będąc głucha, nauczyła się artykułować w miarę prawidłowo słowa, tłumaczy tym dosyć dzikim „lekarkom”, dlaczego włożenie patyka w oko „pacjentce” pogłębi jeszcze bardziej jej kalectwo. I to wszystko odbywa się w pięknym parku, przy cudnie świecącym Słonku. Świat Zagubionych ?
My, obserwujący z napięciem te niebezpieczna zabawę, oddychamy z ulga, gdy instruktorka, zniecierpliwiona milczącym uporem dziewczynek, wysyła je do budynku szkoły.
Można tutaj sformułować pytanie lub określić reakcje ludzi normalnych na taka, dosyć dziwna demonstracje inności. Ulga, ze ktoś zapobiegł „zlej zabawie” małych kalek, dążących do podwyższenia stopnia kalectwa jednej z nich, w imię pokazania "normalnym", ze "MY, kaleki tez jesteśmy ciekawe, a wiec jesteśmy tak jak WY.".
Może to jednak mimowolne westchnienie ulgi, ze to nie MY musimy uczyć te dzieci ?
Myślę, ze dzikie zwierze w środku miasta nie sprawiłoby większej „sensacji” i autentycznej paniki, niż pierwsza radosna wizyta małych lecz szczególnych urwisów na nowym placu zabaw.
Inność pojmowana jako odmienność, spotyka się często z histerycznym oporem pseudo purystów, stawiających formę wypowiedzi nad jej treścią. Czasami gdy nie potrafią objąć własnym, niedoskonałym umysłem czyjejś osobowości i dać znana im definicje, uciekają z swoim jestestwem bardzo często w gąszcz czarnych zakamarków jaźni, rzucając za siebie słowa, niby słynne „granaty zaczepno-obronne”, które maja ranić osobę niedefiniowalna.
(...)
Idę na fajkę.
225
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze