Mieszkałem wtedy kątem w mieszkaniu teścia (kupione mieszkanie właśnie się remontowało).
Wstałem i jak zwykle w sobotę rano zszedłem do osiedlowego sklepiku zwanego "pewexem" (dawniej
rzeczywiście był tam PEWEX) kupić gazety: Gazetę Wyborczą (zwaną przez niektórych blogerów "GWnem") i
Rzeczpospolitą (zwaną powszechnie "Rzepą").
Zanim jeszcze cokolwiek kupiłem, pani sklepowa mocno poruszona od razu mnie informuje:
"A wie Pan co? Spadł samolot prezydenta, wszyscy zginęli!!!"
Ja się pytam, nieco głupio: "Samolot jakiego prezydenta? Obama zginął"
A ona: "Nie, Kaczyński wraz z bratem zginęli" (taka była wiadomość, później okazała się nieprawdziwa, że zginął również Jarosław Kaczyński).
Natychmiast poleciałem, powiadomić żonę, a dalej wymiana telefonów (czy już wiecie?) z moim ojcem i teściem.
Byliśmy wstrząsnieci.
Po szybkim śniadaniu, natychmiast wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w okolice Pałacu
Prezydenckiego, gdzie już wtedy (a było około 11) zaczęli zbierać się ludzie.
Kupiliśmy z żoną znicze (już ktoś przesiębiorczy otworzył kramik ze zniczami przed knajpą Przekąski Zakąski) i
zapaliliśmy dla uczczenia tragicznej śmierci Prezydenta Kaczyńskiego.
Pomodliliśmy się i ze spuszczonymi głowami pojechaliśmy z powrotem do domu.
Tak było wtedy, rok temu, 10 kwietnia.
Informacyjnie o mnie - nie głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, uważałem go i nadal uważam za bardzo
słabego Prezydenta RP, wielokrotnie źle o nim pisałem, krytykując jego poczynania, ale
tego dnia musiałem oddać mu hołd
i to Lechowi Kaczyńskiemu nie jako prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu,
ale człowiekowi, Lechowi Kaczyńskiemu, który został demokratycznie wybrany do pełnienia urzędu Prezydenta
RP i utożsamiał majestat Rzeczypospolitej.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)