Kilkanaście tygodni temu na moim blogu miałem okazję pisać o symbolicznym pogrzebie ŚP. kariery zawodowej redaktora - dziennikarza Tomasza Lisa. Dziś powszechnie znane i opisane próby powrotu Tomasza Lisa do grona "żywych" (aktywnych) dziennikarzy zasługiwałyby co najwyżej na wzruszenie ramion, machnięcie ręką, czy uśmiech politowania gdyby nie fakt, że pan Lis dalszą autopromocję własnej osoby chce robić za Nasze, czyli podatników pieniądze. A to już obojętnym nie powinno Nam być.
Bronisław Wildstein w swoim świetnie napisanym "Alfabecie Wildsteina" pod literą "L" umieścił T. Lisa i napisał: "Niedoszły Prezydent RP, były dziennikarz, obecnie autorytet". Wszystko prawda. Ale Bronek pisząc tak skrótowo (i bardzo słusznie) o tym Salonowym Autorytecie Towarzystwa Wzajemnej Adoracji Dziennikarskiej Warszawki nie dodał jeszcze jednej bardzo istotnej funkcji pełnionej obecnie przez Tomasza Lisa: AUTOPROMOTOR.
Pamiętam doskonale znakomicie zapowiadającego się i bardzo utalentowanego dziennikarsko Tomasza Lisa, świetnego korespondenta TVP ze Stanów Zjednoczonych, drapieżnego reportera, znamienitego organizatora i twórcę TVN-owskich "Faktów", znakomitego prezentera i komentatora relacjonującego z pasją tragiczne wydarzenia w New York-u z 11.09.2001 roku. Ale to odległa przeszłość. Z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać, jak słuszną decyzję podjął Mariusz Walter zwalniając Lisa z pracy w TVN, gdy ten po raz pierwszy ujawnił, że dla Niego praca w telewizji to sposób na promocję własnej osoby i kariery. Niezdementowane informacje o Prezydenckich ambicjach T. Lisa spowodowały decyzję Waltera o wypowiedzeniu "gwieździe" TVN-owskich "Faktów" umowy o pracę. Sądzę, że dzisiaj Mariusz Walter z ulgą oddycha nie mając problemu Lisa na głowie. Śmiem twierdzić, że dzisiaj Zygmunt Solorz może być wdzięczny tym, którzy namawiali Go do podziękowania za pracę Tomaszowi Lisowi. Choćby z tego powodu, że nie jest już swoistym "sponsorem" gwiazdorskiej i nieokreślonej zawodowo kariery Lisa. Ale prawdę mówiąc sprawa personalnych decyzji właścicieli prywatnych stacji telewizyjnych to nie jest temat do publicznej dyskusji. Chcą wydawać swoją kasę na Lisa, Kowalskiego, Nowaka czy kogokolwiek innego? Ich problem. Nie dostrzegają problemu "dojenia" Ich z kasy? Ich zmartwienie. Ale ostatnie wydarzenia i powrót T. Lisa do TVP (tzw. telewizja publiczna) to już inna sprawa. Autopromocyjne zapędy T. Lisa - byłego dziennikarza - byłyby opłacane z Naszych podatniczych pieniędzy.
Ktoś mógłby zapytać, czy nie przesadzam z tym twierdzeniem o autopromocyjnych zapędach Tomasza Lisa? Odpowiedzi nie trzeba szukać daleko. Wystarczy przejrzeć pierwsze strony tabloidalno - kolorowych czasopism mieniących się być opiniotwórczymi tygodnikami lub miesięcznikami. Krótko mówiąc: Okazało się w ostatnich latach, że T. Lis i Jego życie to taki sam temat na pierwszą stronę żenujących pisemek kolorowych, jak życie i "twórczość" muzycznych szansonistów typu Doda - Elektroda, Piotr Rubik, czy Michał Wiśniewski. Ale, jak głosi bardzo stara maksyma marketingu medialnego "nieważne jak, nieważne co byleby z nazwiska". O tym, że Tomasz Lis od dawna nie jest dziennikarzem przekonany jest także Sławomir Siwek, wiceprezes TVP SA, który jako jedyny podczas posiedzenia Zarządu TV publicznej protestował przeciwko podpisaniu umowy z Lisem. W sobotnio-niedzielnym wydaniu "Dziennika" powiedział wprost: " (...) od paru lat nie uważam Tomasza Lisa za dziennikarza. Jest to polityk i nie bardzo rozumiem, dlaczego z pieniędzy telewizji publicznej mamy finansować być może zbliżającą się kampanię prezydencką".
Nie da się ukryć, że coś bardzo złego dzieje w środowisku dziennikarskim, jeśli może pojawić się podejrzenie, że za pieniądze podatników może być finansowana w telewizji publicznej indywidualna kariera zawodowa człowieka, który dziennikarzem nie jest już od dawna, a Jego intencje co najmniej nieokreślone. Sądzę, że wiceprezes Siwek winien, jak najszybciej podać ciężki młotek Andrzejowi Urbańskiemu - prezesowi TVP - by ten z całej siły (...) walnął się w swój łeb i pomyślał. Rozumiem chęć przypodobania się nowej ekipie rządowej i jeszcze większą chęć zachowania swojego stanowiska. Ale nie za Nasze pieniądze Panie Prezesie! Nie za Naszą kasę! Tomasz Lis "nie jest wart mszy". W przeciwieństwie do Paryża. Dziś to Salonowy Autorytet Towarzystwa Wzajemnej Adoracji Dziennikarskiej Warszawki. Kiedyś wybitny dziennikarz telewizyjny. Szkoda, że już nim nie będzie. Jest "zbyt zakochany w sobie z wzajemnością". Pulitzer


Komentarze
Pokaż komentarze (1)