Z informacji podanej wczoraj publicznie przez dr Antoniego Dudka (historyk, doradca IPN) wynika, że Lech Wałęsa nie zwrócił i najprawdopodobniej zachował dla siebie około 2.500 stron dokumentów SB dotycząch Jego kolegów z dawnej opozycji demokratycznej. Dokumenty przeniesione na mikrofilmy dostarczono Lechowi Wałęsie, gdy był Prezydentem RP. Warto przypomnieć, że nieznany jest także los co najmniej kilkunastu stron z oryginalnych dokumentów SB bezpośrednio poświęconych byłemu szefowi NSZZ "Solidarność" i laureatowi Pokojowej Nagrody Nobla. Także te dokumenty trafiły na biurko Lecha Wałęsy, gdy był Prezydentem RP. Lech Wałęsa nie wie kto brakował dokumenty i co się z nimi stało. Miał dokumenty, ale je oddał. A że brakuje? Cóż. Lech Wałęsa nic o tym nie nie. Gdzie są? Też nie nie wie. Ale nie sprawa wiarygodności i wątpliwych poczynań byłego Prezydenta RP zaprzątnął moją uwagę (może by tak pogrzebał we własnym sumieniu?). Sprawa, o której dobrze wiadomo od lat, a z którą nie robi się nic. To sprawa postępującej prywatyzacji wszelakich archiwaliów Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (policja polityczna z czasów PRL). Dokumenty policji politycznej każdego reżimu są przedmiotem bardzo dużego zainteresowania nie tylko opinii publicznej, ale przede wszystkim polityków. Tzw. "papiery" tajnych służb to przecież "haki" na konkurentów i konkurencję. To możliwość szantażu i wymuszeń. To także możliwość zapewnienia sobie politycznego "świętego spokoju". Sprawa stara, jak świat. Tajemnicą publiczną jest to, że potężny szef CIA Hoover trząsł Stanami Zjednoczonymi i był nietykalny, bo "siedział" na prywatnym archiwum "haków". Po przełomie 1989 roku prywatnej lustracji archiwów SB dokonali - wpuszczeni do siedziby policji politycznej PRL - profesorowie Ajnenkiel, Holzer i Adam Michnik. Co tam robili, co badali, czy coś kserowali - nie wiadomo do dziś. Dowiedzieliśmy jedynie, że wiedza zawarta w SB-ckich dokumentach "jest straszna i nie należy w niej grzebać". O prywatnych archiwach dokumentów policji politycznej PRL stworzonych przez Czesława Kiszczaka i podległych mu SB-ków krążą legendy. M.in. taka, że właśnie te prywatne archiwa są prawdziwą "polisą ubezpieczeniową" byłych i żyjacych władców PRL, gwarancją spokoju dla SB-ków. O tym, że kompromitujące dokumenty z czasów PRL nadal wyciekają zarówno z prywatnych, jak i państwowych zbiorów najlepiej świadczy ilość skandali powstałych w wyniku tzw. dzikiej lustracji. Trzeba kogoś "stuknąć", skompromitować, nadszarpnąć jakiś autorytet - no to "rzucimy" na rynek przecieków parę dokumentów z "naszych" SB-eckich zasobów. Ile razy razy to "ćwiczyliśmy" w Naszym kraju? Teraz - tak przynajmniej się wydaje - pokusie posiadania własnego archiwum "haków" nie oparł się również Lech Wałęsa.
Dlaczego trzeba pisać o skandalicznym procederze postępującej prywatyzacji zasobów SB? Przez 20 lat niepodległej III RP żaden rząd, żadna partia, prokuratura, Parlament nie zajęły się w/w problemem. W sprawach skandalicznych niekiedy przecieków sprawie zazwyczaj ukręcano łeb, albo pisano "z powodu niemożności wykrycia sprawców ..." itd. Czy ktokolwiek wyjaśnił dlaczego i na podstawie jakiego prawa panowie Michnik, Holzer, Ajnenkiel weszli do siedziby byłej SB i wertowali znajdujące się tam dokumenty? Czy kiedykolwiek jakakolwiek prokuratura zajęła się sprawą podejrzeń o sprywatyzowanie dokumentów SB przez jej byłych pracowników? Także teraz nic nie słychać o tym, by ktokolwiek próbował wyjaśnić sprawę zaginionych dokumentów policji politycznej PRL dostarczonych Lechowi Wałęsie. Jak widać rośnie nam w siłę demokracja "teczkowo-hakowa" oparta tzw. "kwitach" leżących w zaciszu spokojnych domów tych, którzy prześladowali, jak i tych, którzy prześladowani byli. W jednej sprawie jedni i drudzy są w pełni zgodni. Na pytania - No to, co się stało z całymi tomami dokumentów byłej SB i gdzie się one podziały? - odpowiadają pytaniem: A skąd mamy wiedzieć? Nie wiemy! No to ciekawe kto wie? Może by się jakaś prokuratura dowiedziała? Pulitzer


Komentarze
Pokaż komentarze (3)