56 obserwujących
548 notek
811k odsłon
1483 odsłony

Żal historycznej szansy!

Wykop Skomentuj20

Jak wyglądał występ Polaków na Mistrzostwach Europy w Piłce Nożnej we Francji? Czy nasza drużyna odniosła olśniewający sukces, zasługując na gorące powitanie na Okęciu, czy też zagrała przeciętne zawody? Jaka jest prawda o narodowym zespole?

Odpowiadając na wszystkie te pytania nie da się uciec od systemu rozgrywek, jaki implementowano podczas EURO 2016. Po raz pierwszy w historii w turnieju brały udział 24 zespoły. W porównaniu z poprzednią imprezą  obecnie grało więcej o 8 drużyn. Jest to bardzo ważny fakt, albowiem miał wpływ i na przebieg losowania, ilość rozstawionych teamów, i na samą rywalizację w grupach. Z sześciu grup wychodziły po dwa najlepsze zespoły, a także cztery z trzecich miejsc z najlepszym dorobkiem punktowym, bilansem bramkowym, etc.

W tej sytuacji sam awans do fazy pucharowej trudno uznać za spektakularny sukces. Była to raczej norma absolutnego minimum, którą należało spełnić. Nasza drużyna zajęła w rywalizacji grupowej dobre drugie miejsce. Jednak czy potwierdziłaby ten wynik w systemie czterech grup po cztery drużyny, można jedynie gdybać.

Traktat o dobrym sąsiedztwie…

Pierwszy mecz naszego zespołu na mistrzostwach (z Irlandią Północną), należy uznać za bardzo udany: dominowaliśmy na boisku, posiadaliśmy inicjatywę, graliśmy bardzo ofensywnie, przeprowadziliśmy wiele akcji, dobrze prezentowaliśmy się pod względem fizycznym; mogliśmy z powodzeniem wygrać 3-0.

Jednak kluczowa dla układu w naszej grupie była druga kolejka rozgrywek, a konkretnie mecz Ukraina – Irlandia Północna (0-2). Gdy rozpoczynaliśmy pojedynek z mistrzami świata Niemcami, obydwa zespoły znały już losy rywalizacji naszych grupowych rywali. To ustawiło mecz Niemcy – Polska. Ewentualny remis praktycznie (bo jeszcze nie teoretycznie) gwarantował obydwu zespołom dwa pierwsze miejsca. Ukraina tymczasem znalazła się za burtą.

Fakt ten miał ogromny wpływ zarówno na przebieg spotkania Polaków z Niemcami, jak i z Ukrainą. Smaczku całej sprawie dodaje okoliczność, iż pojedynek z Niemcami rozgrywaliśmy 16 czerwca 2016 r., a więc w „wigilię” 25. rocznicy podpisania z naszym zachodnim sąsiadem Traktatu o dobrym sąsiedztwie.

Oczywiście nie wierzę w spiskową teorię, a więc w scenariusz, że Robert Lewandowski poszedł do swoich kolegów z Bayernu Monachium – Thomasa Müllera, Mario Götzego, czy Jérôme Boatenga – i powiedział: chłopaki odpuście, zagrajmy na remis, podzielimy się punktami. Tak na pewno nie było, ale wariant taki mógł tkwić w podświadomości. Również na boisku czasami pewne rzeczy zapadają w sposób domniemany, niedopowiedziany, nikt niczego nie dogaduje, jednak podświadomie obydwie rywalizujące strony antycypują oczekiwania przeciwnika, akceptując określone rozwiązanie. A podział punktów dla jednych jak i drugich, był perspektywą bezpieczną.

Trzeci pojedynek z Ukrainą stał się konsekwencją wydarzeń, które miały miejsce w drugiej kolejce. Ukraina przystąpiła do meczu z Polską rozbita, skłócona, zrujnowana psychicznie, pozbawiona realnych szans na awans do następnej rundy, a przede wszystkim zdesperowana koniecznością zagrania o honor. A i tak, mimo tych wszystkich okoliczności, stawiła nam duży opór. Mieliśmy kłopoty.

Najlepszą obroną jest atak

Apologeci teorii sukcesu twierdzą, że polska reprezentacja odpadła z udziału w Mistrzostwach Europy dopiero w ćwierćfinale, po rzutach karnych. Ten argument ma dwie strony, a całe rozumowanie można poprowadzić również w odwrotnym kierunku: do ćwierćfinału polska drużyna awansowała również po rzutach karnych, wygranych w dodatku dość szczęśliwie, bez wielkiego udziału Łukasza Fabiańskiego.

W meczu ze Szwajcarią po zdobyciu bramki cofnęliśmy się do głębokiej defensywy, prawie całkowicie zrezygnowaliśmy z poczynań ofensywnych, za wszelką cenę broniliśmy korzystnego wyniku. Taka taktyka zemściła się, Szwajcaria zdołała wyrównać, i trzeba przyznać, że miała więcej z gry, była bliżej zwycięstwa.

Zachowaliśmy się mało inteligentnie. Czas bezpośrednio po zdobyciu gola jest momentem, w którym rywal jest ogłuszony, sparaliżowany, osłupiony. Właśnie wtedy najłatwiej go osaczyć, obnażyć jego słabe punkty, i pokusić się o kolejną bramkę/bramki. Tak zagrali Niemcy z Brazylią w spotkaniu półfinałowym w Belo Horizonte, podczas Mistrzostw Świata w 2014 r. Pierwsi strzelili Brazylii gola, a później korzystali z szoku, poszli za ciosem.

Niestety Polacy tego nie zrobili. Zarówno w meczu z Helwetami, jak i z Portugalią popełnili ten sam kardynalny błąd: po strzelaniu bramki cofnęli się głęboko pod własne pole karne.

Taktyka była bez sensu z jeszcze innego powodu: klucz do powodzenia w grze defensywnej, tkwi w poczynaniach ofensywnych, w myśl znanej z języka potocznego zasady, że „najlepszą obroną jest atak”; chcesz utrzymać wynik, podwyższ jego rozmiary. Prowadząc akcje ofensywne: po pierwsze oddalamy niebezpieczeństwo od naszej bramki; po drugie, pozwala to odpocząć obrońcom oraz bramkarzowi, stwarzamy sobie psychiczny komfort; wreszcie po trzecie, cały czas posiadamy inicjatywę, kontrolujemy przebieg spotkania, a poza tym, nie tracimy możliwości podniesienia rezultatu.

Wykop Skomentuj20
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale