Na początku uporządkujmy może z tym Murphym. Przegrał czwarty raz z rzędu, ale:
1. Do rekordu Jimmy White’a brakują mu jeszcze dwie przegrane
2. Murphy, w przeciwieństwie do starszego o pokolenie kolegi, mistrzem świata został. Triumfował w roku 2005 w swoim pierwszym finale, kiedy to miał lat niecałe 23. Co nie zmienia faktu, że w latach 2009, 2021 i 2025 został w finale ograny. Ten pierwszy raz jak dziecko, w pozostałych przypadkach po wyrównanej grze.
Nigdy jednak, jeśli przegrywał, nie brakowało mu do zwycięstwa tak mało jak w poniedziałek. Przegrał mistrzostwo jednym frejmem.
Mecz między Anglikiem a Wujem Józkiem (po chińsku Wu Yize, tłumaczenie z tego języka moje, wszelkie prawa zastrzeżone), notabene Wuj ma dopiero 22 lata podobno, był niezwykle emocjonujący i pełen akcji, co go, na przykład, znacznie różniło od dwóch poprzednich finałów. Wszyscy pieją nad tym finałem z zachwytu, ale jest jednak, moim skromnym zdaniem, parę ale.
To znaczy tak. Było szereg wbić, szczególnie ze strony Chińczyka i szczególnie na długich bilach, które były klasy najwyższej, jeśli nie kosmicznej. I było multum zwrotów akcji, podnoszących ciśnienie do poziomu niebywałego. Natomiast zdarzało się obu rywalom wpadać w ciągi, żeby nie napisać korkociągi, gdzie przez kilka frejmów z rzędu nie wychodziło im nic. I nie dlatego, że rywal grał zjawiskowo, tylko dlatego, że psuli co się dało. A bywało, że również czego się nie dało. Na dowód niech będzie to, że w całym, rozegranym na pełnym dystansie (35 frejmów) meczu, doszło do zaledwie 3., i to nie najwyższych, breaków stupunktowych. Jak na tak obfity w liczbę partii finał, to jednak niewiele. Rok wcześniej Żao z Williamsem też ugrali trzy setki, a frejmów było aż o 5 mniej. Dwa lata temu w pojedynku Wilsona z Jonesem, takich frejmów było pięć (32 partie), a rok wcześniej, kiedy Brecel, w 33. partiach, niespodziewanie wygrywał z Selbym, aż osiem.
Przy czym jedno jest, przynajmniej dla mnie, bezdyskusyjne. Spotkali się w nim rzeczywiście dwaj najlepsi, w przekroju całego turnieju, snookerzyści. A to, co pokazali w spotkaniach finał poprzedzających, było momentami nie z tej ziemi.
Rok temu zastanawiałem się na tych, że tak szumnie napiszę, lamach (https://www.salon24.pl/u/marcopolo/1441990,meteor-czy-tez-narodzil-sie-nowy-krol-snookera), czy w przypadku nowego mistrza świata którym, po raz pierwszy w historii snookera, został Chińczyk, mamy do czynienia z jednorazowym wyskokiem czy jednak rodzi się nowy, wielki mistrz. Dziś już wiemy, że (mimo odpadnięcia obrońcy tytułu w Crucible w ćwierćfinale, notabene z Murphym) Żao, co przez ten rok udowodnił wszem i wobec, jest zawodnikiem ścisłej szpicy. W przypadku Wuja Józka, dla konserwatystów Wu Yize, nie musimy się zastanawiać. On nie wyskoczył na mistrzostwach jak as z rękawa czy filip z konopi. On już przed mistrzostwami był, może nie największym, ale jednym z faworytów. O czym świadczy rozstawienie w czempionacie. Może nie najwyższe, ale i tak znacznie niższe niż wskazywałyby na to przewidywania buków i zakulisowe rozmowy tzw. ekspertów przed samym turniejem.
A w ogóle to ława, jaką Chińczycy nie tyle idą, co walą do snookerowego żłobu, musi robić wrażenie. To zaczyna, pomału, może na razie jeszcze nie przypominać sytuacji w tenisie stołowym, ale w jej stronę dryfować. Na 32. uczestników turnieju w Crucible Theatre (mówimy tylko o fazie finałowej) aż 11. to reprezentanci Państwa Środka.
Kto najbardziej zawiódł? Mnie, jak zwykle, Trump. Ja nie wiem jak facet o takim potencjale i pomyślunku może tak słabo wypadać w najważniejszych imprezach w roku. No i oczywiście Ronnie, który przegrał z Higginsem na własną prośbę mając w kilku frejmach decydujące punkty na wyciągnięcie kija. Przy czym Ronnie by i tak tych mistrzostw nie wygrał. Za mało stabilny już jest. Robi błędy jak… Allen w półfinale.
Na koniec jeszcze o polskim akcencie. Po raz pierwszy w historii do fazy finałowej przebił się nasz rodak. Antoni Kowalski pokonał w fazie kwalifikacyjnej m.in. znacznie bardziej doświadczonego i wyżej rozstawionego Jamie Jonesa (był kiedyś nawet ćwierćfinalistą MŚ), a wcześniej samego, mającego na koncie zwycięstwa z Żao, Dingiem, Higginsem, Williamsem czy Wilsonem, Joe O’Connora. W pierwszej rundzie fazy finałowej Polak trafił na 3-krotnego mistrza świata i broniącego w tamtym momencie tytułu wicemistrza Marka Williamsa. Wynik końcowy (4:10) mówi dużo, ale nie wszystko. Na przykład tego, że po sześciu pierwszych partiach było 3:3 i była bila na zwycięstwo w partii siódmej. W ósmej zresztą też. Pierwsze koty za płoty. Ważne, że liznęliśmy wreszcie, jako nacja, tego turnieju. Oprócz Kowalskiego są Baranowski i 14-letni Szubarczyk. Może coś z tej mąki będzie.
Tymczasem teraz czeka nas chwila spokoju. Dyscyplina przez dobrych kilka tygodni wyjeżdża na wakacje. No i dobrze. Kiedyś w końcu trzeba odpocząć. Również od snookera.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)