Blog
W hołdzie mistrzom ciętej riposty
rosemann
291 obserwujących 737 notek 4816171 odsłon
rosemann, 30 czerwca 2017 r.

Szkoła latania w Babich Dołach (Dzień drugi)

1072 12 0 A A A

Zapowiadało się  deszczowo bo i zapowiadano deszcze. Noc była deszczowa,  ale rano, gdy poszedłem pobiegać słońce dało sobie radę z chmurami.

Drugiego dnia organizatorzy już rzecz ogarnęli i koncerty nie zaczynały się równocześnie. Pierwszy był na scenie alternatywnej „Bownik”. Tu taka dygresja na temat tego, o czym wczoraj pod tekstem wspomniał nebel. „Bownik” zagrał materiał z drugiej, szykowanej płyty. A ja dopiero się dowiedziałem ze jest jakiś „Bownik”.

Muzyka miała klimat ulicznych ballad zagranych mocnymi gitarami. Takie trochę „bandyckie” piosenki. Jeśli mam szukać porównań to od biedy wskazałbym na „Tatę Kazika” zmiksowanego z Pablopavo. Ale na siłę bym wskazał bo rzecz bardzo oryginalna i bardzo godna polecenia. „Bownik” jeszcze się dalej pojawi na chwilę. Do tego jeszcze jedno skojarzenie. Z klimatem utworu Far From Any Road  „Handsome Family” wykorzystanego jako intro pierwszej części serialu „True Detective”.

„Hades” wypłoszył mnie przy drugim numerze gdy dwaj gogusiowato wystylizowani goście zaczęli rapować Ryśkiem Peją. Ale szybko mi wqrw minął gdy zobaczyłem „Charli XCX”. Ja wiem, że to była muzyczna kicha. Podchodząca niemal pod disco w wersji może nie polo ale italo jak najbardziej. Ale ludzie byli baaaardzo zadowoleni bo było słońce, rytm nie pozwalał odpocząć nogom a na scenie były trzy panie. Dwie powściągliwsze grały na elektronicznych deseczkach a trzecia… No właśnie. Trzecia mogła nie mieć tych dwóch i tylko grać na grzebieniu a i tak miałaby publikę. Bo miała tak zwane „waruny” i nie wahała się ich użyć.

Kari to kolejny przykład tego, że o niektórych sprawach dowiadujemy się z mocnym poślizgiem. Wokalistka też grała materiał z drugiej płyty. Na początek uwaga, że Kari wygrywa na razie kategorię „najgorsza stylówa” bo ubrana była fatalnie. W takie za duże dwa numery jeansy do bluzki z cekinami. Tyle, że nie ma to znaczenia bo gra pop solidny, nowoczesny i godny słuchania.

Posłuchałem składu „Salk” ale to była taka „klimatyczna”, elektroniczna nuda zwana „malowaniem muzycznych obrazów”.

Zaraz więc poszedłem pod namiot „Co jest grane?” by tam obejrzeć występ dziennikarki tego dodatku do „Wyborczej” zatytułowany chyba „Jak szybko i skutecznie zrobić z siebie publicznie idiotkę”. Miała zrobić, jak mi się zdawało, prosta rzecz czyli porozmawiać z muzykami „Bownik”. Grupa wydaje nową płytę z kapitalnymi utworami i zagrała rewelacyjny set w Gdyni a panienka pytała o… wegetariańskie przekąski, o to czy klip nagrywali w Warszawie i czy „mogliby o tym opowiedzieć” oraz czy mogliby opowiedzieć o psie występującym w jednym z klipów zespołu. Ja wcale nie zmyślam!

Potem, całkiem przypadkiem, musiałem  się towarzysko poudzielać przez co straciłem „Jimmy Eat World”. Ale nie żałuję bo „udzielanie się„ było nadzwyczaj przyjemne. Na „Bitaminie” byłem tylko pod ich sam koniec i dziwiłem się jak zaskakująco dobrze reagowała na nich publiczność bo ja odniosłem wrażenie, że ich twórczość, korzeniami sięgająca lat 70- i wykonawców w rodzaju Edwarda Hulewicza i Bogdana Czyżewskiego to wygłup. Aż podszedłem do jednej bawiącej się świetnie dziewczyny i zapytałem czy od początku tak grają i czy faktycznie się jej podoba. Obie odpowiedzi były twierdzące. Ale pytana nie lubi elektroniki i hiphopu…

The Kills… Nie ukrywam, że duet Mosshart i Hince’a był główną zachętą by znów przyjechać do Gdyni. To, co oni robią z gitarami w głowie się nie mieści. A Alison Mosshart do tego na scenie jest czysta energią. Doskonałą robotę zrobił realizator wrzucający obraz z koncertu na telebimy. Wrzucił obraz czarno-biały co genialnie grało z tym, co się działo na scenie. Tego koncertu nikt nie miał praw przebić!!!!!! Wrzucam „Doing It To Death” choć to może mniej żywy utwór. Ale klip do tego genialny.



W drodze na koncert M.I.A. zajrzałem na Firestone Stage gdzie kończyli „The Moondogs”. Szkoda, że kończyli bo ładnie się zaprezentowali w tym ostatnim utworze. Tak bitelsowsko. I reszta też mogła taka być. Na M.I.A (czyli na Miję) poszedłem wiedząc, że to dobre będzie. I było. Gdzieś przeczytałem, że było „nieco monotonnie”. Może i tak, tylko co z tego? Nie wiem co to jest Midget House (tak opisują to, co gra) ale M.I.A jest żywiołem. Można nie lubić gatunków, które miesza ale i tak koktajl z nich przyrządzony smakuje znakomicie. Uprzedzę tych, którzy nie znają i sięgną po jutuba, że tamto i koncert to dwie oddalone od siebie galaktyki!


Idąc pod pod główną scenę na kulminacje dnia zajrzałem pod alternatywny namiot gdzie zaczęli „New People”. Taki brodłej tam odstawili. Skład ma czwórkę wokalistów i używa ich bez skrępowania bo wiedzą czym dysponują i co z tym robić. Rzecz (nie z ich winy) trochę trącała klimatem sacrosągów bo chyba tylko tam jeszcze słyszy się takie świetne wielogłosowe wokale. Było radośnie i bardzo solidnie i aż nie zauważyłem, że już gra…

Opublikowano: 30.06.2017 09:11. Ostatnia aktualizacja: 30.06.2017 13:44.
Autor: rosemann
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Pytaj Kleyfa. Ale raczej nie. Gdy to pisał chyba była tylko "margaryna" bezimienna
  • A może to nie ja przeszedłem tę "metaforę"?
  • Przede wszystkim trzeba trzymać poziom.

Tematy w dziale Kultura